kamelcia@krab:/home/users/kamelia
Plik   Edycja   Widok   Terminal   Zakładki   Pomoc

1 września 2010 - Pierwszy Dzień Reszty Jego Życia


Zbudziło mnie wypłowiałe światło następującego, zachmurzonego dnia. Czułam się nieprzytomnie, ręce były całkowicie zdrętwiałe i z trudem godziłam się z myślą, że czas wstać. Przyjemny sen opieszale odchodził w zapomnienie, nie chciał bowiem ujść nieuwadze mojej nieświadomości. W końcu zebrałam siły i wstałam z łóżka, po czym skierowałam się do łazienki. Woda wydawała mi się ukojeniem, a kiedy już miałam wychodzić, spojrzawszy w lustro, dostrzegłam błyszczące oczy i czerwonawe policzki. Przez głowę przeszła mi myśl, że może coś mnie bierze, ale za chwilę dostrzegłam bałagan na mojej głowie. Rozczesałam i doprowadziłam włosy do należytego stanu, a potem jeszcze spryskałam twarz chłodną wodą. Nie ma co się dalej oszukiwać. Nie chodziło o wygląd, ale o dzień. Nie mogłam zawieść mojego syna. Kiedyś miałam swój własny dzień i niestety, wtedy nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami nie przychodziło mi łatwo. Prościej było rozmawiać z osobami dorosłymi nieprzebywającymi ze mną na co dzień niż z nowymi znajomymi w moim wieku. Nawet rodzice, najbliżsi wtedy ludzie, nie umieli, albo nie chcieli w pełni dostać się do mojego wnętrza, zakamuflowanego za solidną powłoką. Sądzę, że nawet nie myśleli o tym. Szybki rytm szarego dnia i srogość życia nie pozostawiał im możności do takich refleksji. Zawsze zastanawiałam się, czy nie inaczej odczuwam to, co jest wokół mnie.

Mniejsza z tym, teraz liczył się tylko on. Martwiłam się dlatego, że nie wiedziałam czy poradzi sobie w nieznanym mu dotąd położeniu. A dzień ten miał być dopiero początkiem. Już z samego rana czułam się zmęczona. Przyznam, że nie spałam za dobrze tej nocy, nawet upajanie się powolnym oddychaniem przez przeponę nie uspokoiło mnie. Nie potrafiłam przywyknąć do nowej sytuacji. Kiedyś już wyobrażałam sobie ten moment. Wtenczas nie przewidywałam, że po mnie, to niepożądane przez większość napięcie, będzie bardziej widoczne, niż u dziecka. A jednak coś w tym jest, że rodzic przeżywa bardziej niektóre sprawy dotyczące swojego dziecka, od niego samego. Syn w przeddzień tego ważnego dnia z małymi wyjątkami sprawiał wrażenie wyluzowanego i uśmiechniętego. O jego gwałtownej i prawie nieustannej ruchliwości nie ma co tutaj się rozpisywać, taki po prostu jest już od kołyski. W każdym razie naciągnęłam do pępka kołderkę i wtuliłam się w poduszkę, ale usnęłam dopiero o świcie.

Krisa przygotowywałam do szkoły przez cały jego rok spędzony w zerówce w przedszkolu. Chyba oswoił się z myślą, że czekają na niego otwarte drzwi szkoły. Obawiam się jednak, że nie do końca dochodzi do niego, że już nie będzie tyle zabaw, ile było w przedszkolu. Nie ma co robić się w balona. On jest z tych dzieci, które są cwane, ale popisują się, bo lubią być w centrum uwagi. Przy jego nadpobudliwości, potrafi być uciążliwy dla otoczenia. I to właśnie takie dzieci, choć często są zauważalne, zwykle bywają nielubiane. Nie dość, że ciężko mu bezczynnie siedzieć, to w dodatku nie wyobraża sobie życia bez głośnego gadania i jęczenia, gdy coś nie idzie po jego myśli. W trakcie próby rozmowy na tematy, których z pewnych względów nie chce prowadzić, potrafi w zawrotnym tempie zmienić temat, a jeśli mu się to uniemożliwia, z łatwością wpada w furię. Uspakajanie i rozmowa potrafi jeszcze z większym natężeniem wzbudzać najbardziej pejoratywne własności, jakie posiadać może taka młoda osobowość będąca od początku nastawiona na NIE do wszystkiego, co nie pochodzi od niej i symultanicznie, nie jest zgodne z jej koncepcją. Do tego system zachęceń nagrodami i zniechęceń karami tutaj nie skutkuje. Dziecko to nie przejmuje się nimi. Wszystko bierze na przeczekanie. Dlatego też nie ukrywam, że ostracyzm jest tu możliwy, a to jedna z ostatnich rzeczy, jakie bym chciała, aby istniały wśród pobratymców. Z drugiej strony, jeżeli będzie potrafił przejść obojętnie w stosunku do drwin czy też pochlebstw dla jego osoby, to niewątpliwie przyniesie mu to korzyść. Oczywiście, jeżeli podług niego będzie to droga do szczęścia. Nie zmienia to faktu, że na dłuższą metę może czuć się samotnie.

Przy śniadaniu ważyłam słowa, jakie wypowiadałam. Robiłam wszystko, aby jego chęć pójścia do szkoły nie zagasła, a trzeba przyznać, że zagrożenie istniało, jako że wystarczył mały powiew źle dobranych wyrazów i dosięgać wzrokiem płomień można byłoby jedynie wśród innych młodych pierwszoklasistów. Po jakimś czasie wybraliśmy się w trójkę: On i jego rodzice do miejsca, w którym miał spędzić 6 lat swojego życia. Kiedy weszłam do szkoły, zobaczyłam, jak wygląda ona od środka. Skłamałabym, że to obrzydle wyglądająca buda. Widać, że dyrektorki i dyrektorzy polskich szkół wzięli się za remontowanie nie tylko tam, gdzie sądziłam. Wiedziałam, że od dyrekcji dużo zależy i faktycznie, zarządzać placówką trzeba umieć. Nie lubię jedynie wystawionych na pokaz licznych świadectw czy innych przedmiotów mających świadczyć o sukcesach danej szkoły. To tak, jakby ten posterunek oświaty chciał skusić rodziców, aby posyłały tam swoje pociechy. Przypomina to o walce szkół o przetrwanie. Jeżeli temu to nie służy to czemu? Chwaleniu tego, co się ma lub osiągnęło? Czy chwalenie zasługuje na jakikolwiek duser? Niech to będą zdobycze osiągnięte bardzo ciężką pracą każdego z pracowników tej instytucji, to czy taki sposób pokazywania efektu tego wysiłku jest właściwy? Niemniej wszystek wystrój szkolny był wyraźnym poświadczeniem dbałości i zapędu do uczynienia ze zwykłej budy coś ponadprzeciętnego i przyjaznego dzieciom. Zapewne odbywa się to niemałym kosztem i to nie tylko finansowym, ale zdrowotnym zwłaszcza nauczycieli i administracji oraz ich nierzadko występującym brakiem czasu dla rodzin. Nie mnie samej jednak wnikać w poprawę stanu szkół w naszym kraju. Niektórzy wkładają w to za mało serca, a niektórzy zanadto. Niewątpliwie umiar jest potrzebny zawsze i wszędzie. W tym miejscu duże pole do działania mają wszyscy rodzice, jak i ich zdanie pod względem sposobu szkolenia ma duże znaczenie. Szkoda tylko, że tak mało z nich wie o tym, nie zabiega o wiele, wmawiając sobie, że nie są od tego i tylko z tego powodu, ich opinia nie jest brana do rozważenia. W pojedynkę nie można zbyt wiele, ale jeżeli inni zobaczą problem i zechcą to zmienić, to dla wspólnoty rodzicielskiej droga zawsze jest otwarta.

Inna sprawa, że dobry nauczyciel to nie tylko ten, który ma odpowiednią wiedzę, ale przede wszystkim ten, kto umiejętnie i ciekawie przekazuje informacje, dzięki czemu można go określić jako człowieka umiejącego nauczać dzieci. Na nic zdaje się szybkie kończenie uzupełniających studiów, jeśli pedagog nie dysponuje innowacyjnymi metodami i wciąż nowymi pomysłami, nie potrafi zarazić dzieci głodem do świata i miłowaniem mądrości. Dobry nauczyciel to taki, który nie tylko dużo wymaga od dzieci, ale również wiele wysiłku żąda od siebie samego. Trud to jedno, a drugie to jeszcze sam efekt końcowy, który zależny jest nie tylko od nauczyciela, ale także od indywidualizmu danego dziecka. Ważne, aby rozwijać w dziecku pasje i zainteresowania, ale nie zarzucać go mnóstwem obowiązków i zmuszać do tego, czego nie chce. Wiem także, że i tutaj pojawi się przeciwność. Chociażby ta, że szkoły powinny rozwijać kreatywność, a większość z nich próbuje narzucić uczniowi to, co i jak ma się uczyć. Przykładem jest informatyka i jeden słuszny system operacyjny. Krystian od samego początku zapoznawał się z systemem Linux i bardziej rozwiniętymi programami od programu Pint. Teraz czeka go nauka co i gdzie kliknąć, czyli wyuczenie co robić, ale gdyby program się zmienił, to miałby już problem z odnalezieniem danych opcji. Oczywiście szkoła tłumaczy się tym, że to nie informatyka tylko zajęcia z komputerem. Cóż z tego, skoro Krystian nie może uczyć się na alternatywie? Do tej pory korzystał z programów: GIMP i Inkscape. Poza tym nie podoba mi się to, że będą mieli gry „edukacyjne”. Nauczyłam się, że prawdziwych gier edukacyjnych nie ma, a programów edukacyjnych jest skromna liczba. Szkoła jednak milczy na temat innych aplikacji. W tym roku to tylko Pint, a potem, na lekcjach informatyki będzie jeno Windows i żaden inny. Tak właśnie nabija się przyszłych klientów firmie Microsoft. To błędne koło, które można przerwać, wprowadzając do szkół możliwość rozwijania indywidualnych potrzeb, wydaje się jednak, że krok ten jest niemożliwy, gdyż przyzwyczajenia nauczających stanowią przeszkodę nie do pokonania. Rozszerzanie i dbanie o jednostkowe zainteresowania w naszym szkolnictwie to tylko pusty slogan, nic nieznaczący a mający jedynie przyciągnąć uwagę rodziców. Tak jest nie tylko z przedmiotami związanymi z komputerem, ale to tutaj pojawia się kłopot mojego syna, tym bardziej że sam wybrał takie programy, a nie inne i zaczął się na nich uczyć. Nigdy nie kojarzył komputera z grami, do tego woli konsolę. Rzecz jasna góruje Mario (w postaci człowieka). Czasami (to słowo już jest nadużyciem) tylko pozwalam mu zagrać jako Tux (w postaci pingwina) na systemie Linux, ale tylko wtedy, kiedy zabieram go w nudne (dla dziecka) miejsce i mam ze sobą laptop. To jednak zdarzyło się zaledwie dwa razy w całym jego życiu. Gry te – rzecz jasna – polegają na tym samym. Kto grał, ten wie : o)

O całym tym szkolnictwie myślałam, aż do końca mowy wychowawczyni Krystiana. Słyszałam, jak to wszystko ładnie brzmi zachęcająco z jej ust i jak bardzo z niektórymi rzeczami się nie zgadzam. To, co może brzmi i wygląda wspaniale, w żadnym razie nie musi być warte naszego zainteresowania. To, co jakoby pomaga, może zaszkodzić. Boję się, że Krystian popadnie w pewien schemat, jaki cechuje wielu ludzi. Kliknij tu, tam i samo się zrobi, a jak się coś wyłoży to trudno, jak się zawiesi to zresetuj, a gdy się wyłoży system to... przecież, po co go ratować, skoro można zainstalować na nowo. Po co dowiadywać się co było przyczyną i jak powód zaistniałej zagwozdki rozwiązać? Jeszcze niedawno pytał się, dlaczego Internet nie działa. Pokazałam mu mrtg i mtr. Na swój sposób zrozumiał. Na razie połączenie z Internetem używa tylko do jednego. Do strony, na której za pomocą myszki można kolorować. Czasami lubi tę formę zabawy. Krótko mówiąc, jeszcze się interesuje, jeszcze mu się chce. Jeszcze, ale jak długo to mu pozostanie? Żeby jak najdłużej!

Kiedy wracaliśmy, spostrzegliśmy ciepło i jasność dnia, gdyż słońce wyszło zza chmur. Nie warto jednak przypisywać pogodzie jakiegoś większego znaczenia, choć mam nadzieję, że to, co tego dnia się rozpoczęło, skończy się równie pogodnie dla duszy mojego dziecka. Z taką myślą zjadłam obiad, a później kolację. Tego dnia poczułam się, jakby mojej rodzinie niczego nie brakowało, no może tylko ciszy, gdyż Krystiana gromkie rozrywki i wpadanie z impetem na członków rodziny, w tym na koty, to rzeczy dotychczas niezmienne : o) Wieczorem rozmowa na temat szkoły była krótka, ale treściwa i wynikało z niej, że Krystian czuł się niepewnie, atoli nie zniechęcił się do szkoły. Powiedziałabym, że wprost przeciwnie. Obiecał mi, że będzie próbował uczyć się systematycznie i w razie problemów będzie mnie prosił o pomoc. Biorę to za dobrą monetę, zawierzam jego słowom, niemniej jednak podchodzę do nich z pewną rezerwą. Grunt, że jest nastawiony na poznawanie tego, co jest mu teraz obce. Oby tak dalej!


Pocałował mnie delikatnie w policzek, a ja w jego czółko. Woń jego oddechu po umyciu ząbków była owocowa, co dało mi do zrozumienia, że odpieczętował nową pastę, zamiast zużyć do końca wcześniej kupioną, tym samym złamał dane mi wcześniej słowo. Nie obyło się więc bez zwrócenia mu uwagi. Do snu przeczytałam mu bajkę „Bambi”, przy której szybko usnął. Eksperiencje i zdarzenia dnia dały się we znaki nie tylko mnie, ale i jemu. Rzadko pada ze zmęczenia i to właśnie było w tym dniu najbardziej ujmujące. Zwykle trzeba się natrudzić szukaniem pomysłów na spędzenie wolnego czasu i wcieleniem ich w życie, aby w ogóle wcześniej zechciał zmrużyć swoje oczka. Do tego dochodzi jeszcze przynajmniej jedna bajka, ciężko napisana przeze mnie wcześniej lub wymyślona na poczekaniu. W tym całym improwizowaniu najwspanialsza jest spontaniczność i wyobraźnia. To przyciąga odbiorcę, skutkiem tego wprzódy zajmujemy się moim opowiadaniem, a później czytamy inną bajkę z wybranej przezeń książki, przy której pogrąża się we śnie. Tym razem nie musiałam zaprzątać sobie głowy tym, aby przekonująco opowiedzieć ciekawą dlań historyjkę. Spał jak kamień, nawet nie drgnął przez dłuższy czas. Zdawało się, że nie męczą go dawniejsze koszmary czy też przyjemne marzenia senne. Ażeby tylko tak spokojnie mijały mu lata szkolne, a będzie dobrze, źle mu dziać się nie będzie.

2 komentarze
Wcześniejsze wpisy
(12:20)  (kamelcia)  (win/1)
  • mój status: Niedostępny
  • mój opis: