kamelcia@krab:/home/users/kamelia
Plik   Edycja   Widok   Terminal   Zakładki   Pomoc

Religia nauki


Po rozległym terenie rozprzestrzeniają się specyficzne dźwięki. Odgłosy potężnych istot, kroki stawiane przez wielkie stopy. Ziemia nieco się przy tym trzęsąca, a na niej piękna zieleń z górami w tle. Na pierwszym planie stado dinozaurów przemierzające te obszary za pożywieniem. Po prawej stronie widoczne zwierzęta zatrzymujące się, by zażyć łyk wody ze strumienia odchodzącego od rzeki płynącej z terenów górzystych. Przy zaroślach cyprysów, pyskami zakończonymi dziobami, pochłaniają aromatyczne gałązki. Kora i gałęzie z liśćmi są już połknięte przez paszcze tych prawie kilkutonowych kolosów o olbrzymich głowach. Dostrzegam pterozaura przelatującego nad jedzącymi triceratopsami. Kieruje się w stronę morza, zapewne na połów ryb. Nagle dobiega do mnie bolesny ryk jednego z dinozaurów. Nie wyglądał jednak na maleństwo karmione częściowo przeżutym jedzeniem przez swoją matkę. Choć większy, to nadal z niego niedoświadczony młokos, poszukujący drogi powrotnej. Dzięki dźwiękom odnalazł swoich pobratymców.


Skąd to wszystko wiem, skoro uważa się, że nie było jeszcze wtedy ludzi, którzy mogliby to wydarzenie opisać? Wiem to dzięki pewnym ludziom i własnej wyobraźni. Tymi ludźmi są poszukiwacze skamieniałości, paleontolodzy badający kości i autorzy pewnych książek.

Gorące dni są nieco dłuższe. Temperatura otoczenia przewyższa temperaturę ciała człowieka. Żadnego drzewa ratującego przed słońcem. Praca nie jest łatwa. Trzeba się do niej przyzwyczaić. Żmudne czynności nie są dla każdego. Do tego piach, pył i pot – mieszanina barwiąca skórę na kolor brunatny. Tak od poniedziałku do soboty. W ostatni dzień tygodnia można wybrać się do najbliższego miasteczka, żeby wziąć oczekiwaną kąpiel i zmrużyć oczy w upragnionym łóżku, pod przewiewną kołderką. To nagroda za inne noce spędzone w namiotach nieopodal wykopalisk.



Przez działanie powietrza skamieliny właśnie wykopane szybko utracą wilgoć, przez co zaczną się rozpadać, dlatego też trzeba pokrywać je przygotowanym do tego gipsem. Nakłada się go na odkrycie zaraz po oddzieleniu znaleziska od skały. Wilgotne chusteczki lub ręczniki kuchenne i paski grubego lnu namoczonego w gipsie służą do pokrycia skamielin.



Od używania taśm pomiarowych i GPS'u, precyzyjnego zaznaczania miejsc, przez ciężki sprzęt i młoty, po identyfikację skamielin. Choć zasadniczym zamierzeniem wszelkich wykopalisk pozostaje wydobycie skamieniałości i należyte ich zabezpieczenie do przetransportowania w celach laboratoryjnych, to jednak paleontolodzy nie odmawiają sobie przyjemności, jaką niewątpliwie jest dokładne obejrzenie kości od razu, w miejscu ich odkrycia. W laboratorium w ruch pójdzie małe dłuto, pędzelki i substancje ochronne. Potem geolodzy będą ustalać pochodzenie skał, co pomoże w określeniu wieku ukrytych w nich kości. Na końcu pozostanie jeszcze kompletowanie szkieletu, aby udostępnić go oglądającym.





Nietypowe znaleziska


Co zrobiłaby grupa, gdyby w pełni ludzką skamieniałość odkryła w osadach datowanych na ok. 2 mln lat? Co zrobiliby dzisiejsi naukowcy i my sami?


Niegdyś ludzie uważali, że Ziemia została stworzona wraz z już wszystkimi formami życia. Jeżeli człowiek nie został stworzony od razu, to niedługo potem. Co znaczy „niedługo”, trudno powiedzieć. Oznaczałoby to, że ludzie mogli żyć w czasach dinozaurów. Wraz z odkrywaniem szczątków, myśli te stawały się odleglejsze od rzeczywistości, zwłaszcza w świetle naukowym. Większość naszej planety to materia nieożywiona, więc jak w ogóle mogło powstać życie? Według lwiej części uczonych przez przypadkowe reakcje chemiczne. Do tego formy musiały się jeszcze połączyć, tworząc komórki, a te nauczyły się stosować energię do swoich celów. Pierwszymi organizmami były te przypominające bakterie. „Żywiły się” substancjami rozpuszczonymi w wodzie. Ponieważ razem ze wzrostem ich liczby wyczerpywały się ich zasoby, zaczęła się, według wielu ludzi, walka a wraz z nią ewolucja. Według nich pierwszą oznaką ewolucji było właśnie wykształcenie przez pewne bakterie zdolności pobierania energii ze słońca. Przyjmuje się, że początki fotosyntezy miały miejsce ok. 3 mld lat temu. Doprowadziło to do uwalnianego tlenu i bardziej skomplikowanych form życia. Fauna ediakańska, Trylobity, Łodzikowce, Denkowce, zwierzęta z Dewonu, Karbonu, potem Perm oraz era gadów prowadząca do pierwszych dinozaurów, a na końcu ssaki i człowiek. Wydaje się, że powstanie Ziemi to cud, a początek życia - jeszcze większy. Powstanie istot człowieczych to już olbrzymi cud. Czy jednak wiedząc, że wszechświat jest ogromny i mogą na nim istnieć podobne planety, uznamy życie na Ziemi za cud? Jeśli nie, to czy człowiek na nich byłby takim cudem? Jeżeli nadal nie, to pamiętajmy, że naukowcy wierzą tylko w to, co widzą. Skoro pewnikiem jest jedynie życie na tej kuli ziemskiej, to powinien to być dla nich wielki cud. Dla wielu jednak nim nie jest. Za to biorą pod uwagę, że jest możliwe życie w innych rejonach wszechświata. W końcu takich przypadków może być więcej.


Czyż nie jest tak, że pochodzenie naszego gatunku powinno badać się najdokładniej, gdyż chodzi tu o odpowiedzi na nasze odwieczne pytania? Dzisiaj sądzi się, że naukowcy nie mają wątpliwości w kwestii prehistorii człowieka. Wedle zarówno ich przekonań, jak i „nowoczesnych” ludzi, tak jak inni mieszkańcy tego świata, powstaliśmy dzięki ewolucji, a żyjącymi krewniakami istot ludzkich są małpy człekokształtne, natomiast przodkami byli hominidy, które to dopiero około 5 mln lat temu usamodzielniły się od rodowych małp. Dawniej eksperci uważali, że linie ludzi i małp rozdzieliły się ok. 20 mln lat temu. Współcześnie uznaje się, że rozdzielenie małp z hominidami nastąpiło o wiele później. Czy słusznie? Według akceptowanych badań jest to racjonalne podejście do tego tematu. Co jednak, jeśli od samego początku naukowcy zarażeni ewolucjonizmem nie przyjmują innych dowodów za fakty? Gdyby je uznali, teoria Darwina upadłaby tak szybko, jak się pojawiła. Ciężko byłoby wysunąć inną, a świat nauki potrzebuje teorie, by dążyć do ich potwierdzenia lub obalenia. Inaczej niektórzy naukowcy nie byliby w stanie działać, a szkoda. Teorię obala się dopiero wtedy, gdy jest możliwa inna. Obecnie naukowcy nie mają innej teorii, która mogłaby konkurować z darwinowską, a religia jest dla nich żadnym dowodem. Nawet gdyby wykopaliska udowodniły, że człowiek żył w erze dinozaurów, nie świadczyłoby to o jego stworzeniu przez Boga. Brak innego pomysłu przyczynia się do akceptowania przyjętych poglądów. Pojawienie się przypadków obalających to w co wierzymy, miało już miejsce, a mimo tego kwestionowano je i zapomniano o nich, by nie rujnować wcześniej przyjętego światopoglądu. Mowa tutaj o wierze w teorię Darwina. Zatem trudno tu o pojawienie się nowej teorii. Nieodparta presja tkwienia w tej wierze dotyczy zwolenników ewolucjonizmu od samego początku. Powiedzmy szczerze, wielu zwykłych ludzi jest za teorią Darwina tylko dlatego, że nie ma innej, „godnej” naukowca. Gdy dodać pewne motywacje i uprzedzenia ludzi nauki, to wychodzi nam z tego nie sceptycyzm, lecz daleko idąca szkoda dla ludzkości. Nie przesuwając się we właściwy sposób, nie hamując tam gdzie trzeba, by się lepiej przyjrzeć, usuwając to, co nie pasuje na dane czasy, kiedyś będziemy musieli się znacznie cofnąć lub, co gorsza, nigdy nie poznamy prawdy. Najgorsze w tym jest przekonanie wielu badaczy o swoim obiektywizmie, braku stronniczości. Okazuje się bowiem, że nie jest ważne, co dany człowiek odkrył, lecz czy znalazł coś, co zasługuje na pokazanie innym, rzecz jasna, osobom wierzącym w dotychczas przedstawioną ewolucję. Thomas Lee czy Holmes, Calvert bądź Desnoyers czy Mortiiiet, Leakey czy Tuttle, Capellini czy Sir John Evans? Czy nie jest zadziwiającym faktem, że mimo „darwinistycznej propagandy” wielu poważnych naukowców z XIX wieku i początków XX w. niezależnie od siebie, po wielokroć oznajmiało, iż znaki na np. kościach z formacji geologicznych datowanych na miocen i pliocen lub wczesny plejstocen wykazują działanie człowieka? Czy ci wszyscy naukowcy mylili się, a może chorowali na choroby psychiczne? Trudno było im być „odmieńcami” wśród ludzi będących za Darwinem. Możliwe, że natura jeszcze utrzymuje dowody ludzi żyjących w odleglejszych czasach, niż przypuszczają to dzisiejsi naukowcy wychowani na teorii darwinistycznej. Tylko czy osobowości naukowców „ewoluują” na wyższy stopień, pozwalając sobie na otwartość umysłu? Jak na razie nikt już nie poszukuje prawdy, a jedynie faktów potwierdzających darwinizm. Jeśli ponownie zostaną odkryte skamieniałości przeczące tej tezie, a naukowcy znowu przejdą obok tego, faworyzując tylko jeden słuszny pogląd, możemy być pewni, że na własne życzenie nie jesteśmy gotowi poznać prehistorię. Obawiam się jednak, że tak się stanie, gdyż człowiek zbyt szybko przywiązuje się do stołków i prestiżu, a rzadko kto ryzykuje swoje dobro dla dobra ogółu. W tym my – ludzie pozostajemy niezmienni przez wieki. Wykorzystujemy znajomości i wpływy dla własnych korzyści i zatuszowania wielu spraw. Może po prostu nie chcemy znać swojej historii? Być może dlatego pewne pytania zostaną bez odpowiedzi. W końcu może jedynie one nie miną?


Dotychczas te „anomalie”, jakimi były odkrycia niepasujące do powszechnie przyjętych założeń, oceniali naukowcy z darwinistycznym spojrzeniem w przeszłość. Już pod koniec XIX wieku Holmes ocenił swoim światopoglądem: „Gdyby profesor Whitney docenił w pełni historię ewolucji człowieka...”. Wielu nie zgadza się z pewnymi datami tylko dlatego, że wyklucza je dominująca opinia, czyli teoria, a nie fakt.


W pierwszych latach darwinizmu nie było żadnej obowiązującej teorii. Nie było monopolu. Monopolem był jedynie osłabiony już Kościół. To wówczas opisywano wiele odkryć, które przez propagandę zostały zepchnięte z pola widzenia naukowców. Później już było im coraz trudniej przedostać się do prasy, a wśród naukowców byli traktowani jak heretycy. Czym zatem różnią się władze naukowe od kościelnych? Typowo ludzkie jest odebrać jednym, by samemu otrzymać. A gdzie tu umiarkowanie i dochodzenie do prawdy poprzez jej umiłowanie? Czy nie na tym powinno zależeć zarówno wierzącym w Boga, jak i w naukę? Dużo już straciliśmy, a to ile jeszcze utracimy okazji, zależy wyłącznie od naszego nastawienia do świata, ludzi i nas samych.



postscriptum

Nie zdziwiłabym się, jakby prawda leżała między religią a teraźniejszą nauką.

59 komentarzy

Ku prawdzie czy ku swoim racjom – ku czemu w istocie się skłaniasz?


W pierwotnych znaczeniach tych słów – zauważył Schopenhauer – dialektyka to czynność rozmawiania, a logika – zastanowienie się, obliczanie, przemyśliwanie czegoś. W późniejszych okresach Platon uznawał dialektykę za stałe posługiwanie się rozumem i jego doskonalenie, natomiast Arystoteles zrazu uznał logikę za dialektykę. Cyceron i Kwintylian używał tych wyrazów zamiennie. U Kanta dialektyka i logika to synonimy, z tym wyjątkiem, że dialektyka otrzymała pejoratywny odcień, albowiem nazwał ją „sofistyczną sztuką dyskusji”.




Jestem za tym - pisał - aby logika oznaczała proces myślenia, obliczania, natomiast dialektyka – czynności rozmawiania, czyli przekazywania sobie faktów i poglądów na ich temat. Logika a priori, dialektyka a posteriori.

Coś w tym jest. Podczas dyskusji nierzadko dochodzi do takich zdarzeń: Człowiek1 odkrywa, że myślenie Człowieka2 różni się od jego własnego w danym temacie, a wtedy nie zastanawia się nad swoimi myślami o rozpatrywanym przedmiocie, ani nie szuka w nich błędu, ale zaczyna szukać błędu w myśleniu przeciwnika. Człowiek z trudem hamuje chęć dążenia do posiadania racji, co wielokrotnie niestety, kłóci się z umiejętnością prowadzenia poprawnej dyskusji. Należy więc zgłębiać wiedzę na temat dialektyki i nie dlatego, aby zawsze mieć rację, ale aby nauczyć się rozpoznawać u siebie i innych pragnienie osiągnięcia zwycięstwa zamiast dążenia do prawdy.

Człowiek uwielbia być widziany w dobrym świetle. Pragnie być silny, nieomylny i mądry, niczym jakiś bóg. Wątpię jednak, aby to było tak mocno zakorzenione w ludzkiej naturze. Myślę, że po prostu styczność z innymi ludźmi i nieumiejętność radzenia sobie w życiu (w tym niewymowne przez istotę ludzką wymiary życia nawet tego codziennego) doprowadziły do tego świata, który dziś znamy. Świata zaprogramowanego w taki sposób, ażeby wyłaniał on ponad resztę tych niby to dobrze się wyróżniających.

Jeżeli natomiast człowiek wie, że jego twierdzenie zostało obalone, nieraz próbuje zachować pozory racji, nawet niedozwolonymi sposobami. Czasami posiadający słuszność zaczyna wątpić, gdyż w jego otoczeniu i w nim samym powstaje wrażenie, iż się myli. Gdy adwersarz nadwyrężył argumentację CzłowiekaX, przez wielu może być to błędnie uznane za obalenie całego twierdzenia. Nierzadko tak się dzieje, mimo że zostały jeszcze inne argumenty. Argumenty możliwe, że potwierdzające prawdziwość twierdzenia CzłowiekaX nie są już tak istotne dla adwersarza i innych. Wydaje się bowiem, że człowiek ten nie ma racji, w przeciwieństwie do jego adwersarza, który ma poczucie, że to nie CzłowiekX ma rację, tylko on sam. Prawda tu nie ma żadnego znaczenia. W imię jej rozgrywa się dyskusja, lecz tak naprawdę co innego się w niej liczy. Tak być nie powinno.

Każdemu, komu zależy na prawdzie, powinno zależeć na unikaniu twierdzeń, które mają za zadanie postawić na swoim. Można tego dokonać, gdy najpierw pomyślimy o prawdzie, a potem będziemy kierowali się tym, co wydedukowaliśmy, a co ma służyć w osiągnięciu prawdy. Nasze interesy nie powinny wchodzić w grę. Tu ma się liczyć tylko jeden interes – dotarcie do prawdy. Nic poza tym nie jest warte rozmowy ludzi na temat ich rozbieżnych zdań, toteż nie należy pobłażać swojej nieskromności i żądzy racji. Takie postępowanie jest tak pejoratywne, jak są przywary, z których się ono wywodzi.

Oczywiście nie jesteśmy tak zepsuci, że co tchu walczymy o coś, co od razu wiemy, że może być fałszem (chyba że stosujemy technikę Advocatus Diaboli). Na początku starcia się z innym poglądem naprawdę myślimy, że możemy mieć rację, a nawet jesteśmy o tym przekonani, aż do chwili podania przez oponenta pewnego argumentu. Wtedy mamy ochotę się wycofać, ale byłoby to – według nas – tchórzostwo lub pewna słabość. Oczywiście to świadczy o naszej próżności. Próbujemy więc walczyć o swoją rację w imię tego, że istnieje dowód słuszności twierdzenia, tylko nie przyszedł nam jeszcze on do głowy. Tak też czynimy, mimo iż widzimy słuszność racji dyskutanta. Wmawiamy sobie, że to chwilowe i zaraz dowiedziemy prawdziwości tego, co przedstawiamy, tym samym obalając słuszność myśli antagonisty.

Człowiek ulega inklinacji do nieuczciwości, a debaty są tego przykładem. Walczy nie tyle o prawdę, co o swoje poglądy niczym w obronie swojej rodziny, swojego istnienia, albo ojczyzny. Tak, jakby bał się, że zaraz zawali się jego świat.

Jeżeli chcemy, by w życiu panowała uczciwość i rzetelność, to musimy unikać walczenia o rację swoich poglądów i nauczyć się walczyć o prawdę. Oczywiście, gdy zdobędziemy już taką umiejętność, wielokrotnie będziemy poddawani próbom złamania tej zasady. Nie możemy sobie jednak na to pozwolić i to nawet wtedy, gdy ktoś zacznie bojować z nami o tę próżność. Mimo wszystko musimy oglądać się za tym, co słuszne (bez względu na nasze opinie w danym temacie). Nie możemy zapominać, o co naprawdę należy walczyć, bo ta pamięć jest bardzo ważna dla uzyskania lepszych relacji z innymi i dla dotarcia do tego, co prawdziwe, co też jest ważne dla nas samych. Jednocześnie nie warto przejmować się, jeżeli ten, komu przyznamy słuszność twierdzenia, nie zrobi tego samego w dyskusji o czymś innym, gdy tak naprawdę my jesteśmy otwarci na prawdę, a nasze poglądy na to zasługiwały. Wystarczy wtedy ujawnić, w którym miejscu miał miejsce cel już nie znalezienia prawdy, ale dowodzenia słuszności przez oponenta. Nie wolno obrażać przy tym jego samego, lecz uświadomić mu, w czym tkwi problem.

Faworyzowanie własnego zdania jest nie na miejscu tam, gdzie liczyć ma się prawda. Dlatego namawiam do zdobycia w sobie siły i nauczenia się jak dyskutować. Przypomnę też, że A. Schopenhauer naukę o człowieczym kaprysie „aby swoje było na wierzchu” występującym w polemikach, nazwał dialektyką erystyczną. Mam nadzieję, że w przeciwieństwie do niego, już niedługo sztuką dyskutowania będziemy nazywać nie metody pozwalające zachować pozory racji, ale sposoby kierowania rozmowy na właściwe tory prowadzące do tego, co jest przeciwstawne z fałszem. Taka sztuka prowadzenia właściwie dyskusji jest bardzo wskazana.

Dyskutować umiejętnie powinni zwłaszcza ludzie znani i decydujący o państwie. Niestety, nie od dziś wiadomo, że dużo im do tego brakuje. Ludzie dopiero raczkują w przekazywaniu sobie poglądów wzajem i dochodzeniu do konsensu zbudowanym na odkryciu lub chociaż dalszym poszukiwaniu prawdy. A szkoda, albowiem można byłoby społem zrobić tyle dobrego. Przywołując tematykę "Dialektyki Erystycznej", próbuję zachęcić do podjęcia indywidualnego przemyślenia na temat wymiany zdań przez istoty rozumne. Do takiego przemyślenia, które trwa o wiele dłużej, niż tylko kilka sekund po przeczytaniu tego tekstu.

Komentarze wyłączone

Określona odzież w szkolnictwie


Nie tylko pan Giertych wpadł na pomysł mundurków w szkołach. Przed ujawnieniem obywatelom jego pomysłu, wprowadzono ustalone wzory ubrań przez co najmniej jednego dyrektora szkoły łódzkiej. Jeżeli prawdą jest to, o czym mówią poniektórzy, rodzice na to przystali. Zapewne zaproponowano im taką możliwość, rzadko się bowiem zdarza, że sami wpadają na taki pomysł i wspólnie go realizują. Jeżeliby nawet tak się stało, to na taką myśl wpadliby rodzice jednej klasy, a nie wszystkich. Śmiem wątpić, aby nagle każdy opiekun dziecka uczęszczającego czy to do klasy A, czy do klasy C na to zezwolił. Zresztą było to już dawno, klas (roczników) tych już nie ma, a mundurki pozostały. Nie są to te mundurki, które znamy z czasów komunizmu. W tym przypadku to określony kolor ciuchów do poruszania się po szkole i inny do W-F.



Czy wprowadzenie jednolitych ubrań lub o tych samych kolorach w takich miejscach jak szkoła jest dobrym rozwiązaniem? Aby odpowiedzieć na to pytanie, wpierw musimy zastanowić się, dlaczego w ogóle wprowadzono mundurki przed laty, a dlaczego aktualnie. Dawniej takie same ciuszki pomagały wychowawcom w odnalezieniu swoich podopiecznych. Najpierw były to te same płaszcze i okrycia głowy. Zwykle każda szkoła miała nieco inne ubiory, aby odróżniały się od tych, noszonych przez uczniów innych szkół, tym samym każda szkoła miała swój własny styl. Dopiero z czasem powstał mundurek, a jeszcze po pewnym czasie tak on, jak i logo szkoły (tarcza) miały przynosić chwałę szkole. Poza tym granat był kolorem bardzo przydatnym, a to ze względu na mniej widoczny brud spowodowany wylaniem się atramentu. Dzisiaj nie potrzeba już odróżniania „swoich” uczni od innych, a zwłaszcza, kiedy jest się w budynku szkoły. Zresztą i kałamarze z atramentem to historia : o(. Niestety. Współczesne szkoły zwykle używają długopisów lub nowoczesnych piór zachowujących pewną czystość, a mimo to sytuacja przedstawia się następująco: nie wprowadzają specjalnych kurtek, czy płaszczy (np. o tym samym kolorze), aby mieć lepszy nadzór nad uczniami poza murami, ale jedynie ubiór, który ma służyć w budynku szkoły. Pytanie brzmi: Czemu on ma służyć?

Czyżby mogło dojść do sytuacji pomylenia dziecka z jakimś spoza szkoły? Jak to świadczy o bezpieczeństwie na terenie szkolnym? Oczywiście, może się zdarzyć, że znajdzie się dziecko, które będzie chciało przekroczyć próg obcej sobie szkole. Niemniej, taki młody człowiek i tak znajdzie metodę na dostanie się do niej. Chociażby dowie się, jak dzieci muszą być ubrane i zdobędzie logo szkoły, co nie jest takie trudne. Jak je zdobyć? Poprosić kolegę chodzącego do tej szkoły, by ten kupił takie logo szkoły, rzekomo dla siebie. Bywa także, że takie logo leży w okolicach szkoły, gdyż dzieci po prostu je gubią. O ile w szkole, w której nie ma przymusu noszenia ustalonych przez dyrekcję odzienia (a raczej jego koloru) możemy się jeszcze zastanawiać, czy dany człowiek jest uczniem tej szkoły, o tyle jego odpowiednie ubranie i przyczepione do niego właściwe logo szkolne, gdzie taki nakaz istnieje, przekonuje, iż to jest „swój” uczeń.

Wydaje się zatem, że stroje o jednakowym kolorze mają służyć czemuś innemu. Ludzie opowiadający się za wprowadzeniem mundurków, tłumaczyli swój punkt widzenia chęcią likwidacji rywalizowania dzieci na polu mody. W końcu nie każdego stać na wyszukaną garderobę dla swojego dziecka. Nie wszyscy mają poselskie apanaże. Czy naprawdę właściwym sposobem na jej eliminację jest ubiór o takim samym kolorze dla wszystkich?

Wszystkie dzieci ubrane są w podobne ciuszki, a przynajmniej w tym samym kolorze ubrania. Nie ma konkurencji, wszyscy są jednakowi. Wydaje się, że problem chęci rywalizacji został zlikwidowany. Nic bardziej mylnego. Otóż chęć pozostaje. Dzieci pochodzące z bogatszych rodzin i tak wyróżnią się na tle reszty, tym samym powstanie podział bardziej wyrazisty, niż dotychczas, a mianowicie bogaci kontra reszta. Nie będzie podziału bogaty, mniej bogaty, średni, średnio – biedny, biedny. Jestem przeciwna jakimkolwiek podziałom ze względu na stan majątkowy rodziców, dlatego nie pochwalam ani jednego, ani drugiego. Mimo wszystko podział bogaci kontra reszta nie jest słuszny. Czy naprawdę tak dużo wysiłku trzeba włożyć, aby dojść do wniosku, że rodzice bogatych będą szyć im stroje w narzuconym kolorze, które będą odznaczać się swoim stylem? Pomijając genialnych projektantów, nasuwa się przecież myśl o tych, którzy ich kopiują z uwzględnieniem małych różnic i u nich uszyć coś, na co nie stać będzie ludzi dopiero co bogacących się czy też się pauperyzujących nie jest dla bogatej, polskiej rodziny problemem o podłożu finansowym.

Jednakowy strój czy też kolor zabija także indywidualność jednostki lub rodziny. Jeżeli dziecko ma żałobę, a nakazuje mu się nosić strój w innym kolorze niż czarnym, to jest to nieposzanowanie nie tylko zdania rodziców, ale i umarłego w oczach wierzących. Czy to nie jest kalanie wiary i tradycji? Kto dał prawo szkolnictwu narzucać innym swoje rozwiązania, które nie mają nic wspólnego z nauką młodego człowieka?

Często rodzice borykają się ze znalezieniem odpowiedniego ubrania. Znaleźć bluzy, koszulki i podkoszulki np. w granatowym kolorze nie jest łatwo. To kolejny balast. Biedniejsi mają jeszcze większy kłopot. Nie powiedzą opiece społecznej, że jedynie takie ciuchy potrzebują i tylko takie wezmą. Biorą, co im dają. Ciuchy używane nie załatwią sprawy, ile bowiem osób oddaje tam granatowe ciuchy? Biedniejsi rodzice, a nawet średnio zamożni potrafią ubierać dziecko w te ubrania, które otrzymali od znajomych, po ich dzieciach. Bywa, że dziecko, które przed przeprowadzką chodziło do szkoły, w której obowiązywał strój w kolorze niebieskim, musi zmieniać całą swoją garderobę, a jego młodsze rodzeństwo tej samej płci, nie założy już do nowej szkoły jego ciuchów. Czy to nie jest marnotrawstwo? Niejednokrotnie, nawet ludzie, którzy nie cierpią na brak pieniędzy, kupują ubrania na zapas, nawet dwa lata wcześniej. Pewien sens takiego postępowania istnieje. Nie zmienia to faktu, że mało kto z nich zdaje sobie sprawę, że powinno już wtedy zawitać do szkoły, do której przyjdzie im posłać dziecko i dowiedzieć się, jakie tam obowiązują zasady. I oczywiście muszą być świadomi, że nie wolno im, nawet po przeprowadzce jej zmienić, a że nie mają pewności, czy przez ten czas szkoła nie zmieni obowiązującego koloru stroju lub samego ubioru, to już nikogo nie interesuje w tym państwie.

Jeżeli jest problem w zakupieniu kreacji szkolnej, opiekunowie dziecka mogą zakupić je np. na początku roku poprzez szkołę. Należy jednak pamiętać, że możemy spotkać się z bylejakością (tak jak w przypadku loga). Stroje, które miały być z logiem, bywają bez. Kolor potrafi schodzić w praniu, a niska jakość materiału zastanawia, czy za rok ponownie kupić takie „opakowanie” dla dziecka. Hasła o tolerancji i akceptacji oraz taniej, państwowej szkole bledną w praktycznym życiu szkoły.

Szkolnictwo uznając jednakowe stroje za sposób na wyeliminowanie niezdrowej konkurencji, tylko pogrąża się w swoim niepoprawnym postrzeganiu sprawy. Nie jest sposobem nakazywać. Taką metodą jedynie przyćmimy zapędy młodych ludzi i ich rodziców, a nie usuniemy chorobliwych ambicji. Szkoła jest po to, aby edukować. Powinna uświadamiać młodych ludzi i ich rodziców, nie tylko gdzie leży szkopuł, ale i na czym on dokładnie polega. Nie uświadomić, ale uświadamiać. Szkoła nie powinna obawiać się dalekich planów i ich realizacji. Rozwiązując sprawę, należy dojść do pierwociny problemu, a nie rozwiązywać tylko jego widoczny efekt. W innym razie wielu młodych przejdzie przez szkolnictwo w nakazanym przez swoją szkołę systemie, a potem i tak rozpocznie się wyścig szczurów i konkursy chociażby na najładniejsze lampki w oknach w grudniowe święta.

Taki ubiór ma ponoć nauczyć dziecko dbałości o niego. Dla mnie jest to bzdura, bo jak ktoś ma dbać o ubranie, to będzie dbał o takie, jakie ma niezależnie od tego, jakie ono jest. Jeżeli rodzice widzą problem niechlujstwa i potrafią dać sobie radę z wyuczeniem dziecka właściwych nawyków, to zrobią to i bez tych mundurków. Nauka zabiegania o dobry stan ubioru nie jest żadnym powodem do narzucania jednego, właściwego wszystkim zdobywającym wiedzę w danym budynku szkolnym. Poza tym, jeżeli dane dziecko jeszcze nie dojrzało (mówimy o pierwszych i drugich klasach SP) do pilnowania loga, czy dbania o czystość podczas spożywania obiadu, to rodzic musi się liczyć z ciągłymi wydatkami. Zatem taki ubiór nadal wydaje się paliatywem.

Wytyczne związane z ubiorem i logiem mają też za zadanie przynosić dobry wizerunek danej szkole. Kiedy taką taktykę przyjmuje większość szkół, przestaje to być i oryginalne, i przynosić dobre imię szkole. Zresztą dobre imię szkole ma przynosić wiedza, inteligencja oraz zachowanie ucznia i co najwyżej, jak schludnie jest ubrany, a nie to, co ma na sobie. Czyżby dzieciak miał być tak głupi, że nie potrafi sam zdecydować, w co ma się ubrać stosownie do okazji? Zastanawiam się, kto bardziej odznacza się błazenadą. Czy dziecko nieumiejące właściwie się zachować, czy ten, który narzuca takie imperatywy? Dobry (według szkoły) ubiór za pomocą swojego koloru nie zasłoni potencjalnego bezeceństwa i nieumiejętności wychowanka. Za to dyktowanie mu, co ma na siebie założyć to tworzenie niepoważnego i nienaturalnego zachowania w młodym człowieku. Uczy się go bowiem tego, że nienaturalna jest swoboda wyboru odzienia. Mówi mu się wprost: Możesz mieć własne zdanie, ale pod warunkiem, że jest takie samo jak nasze. To kolejna bariera i de facto niepotrzebnie zbudowana.

Wszystko pięknie wygląda na zewnątrz, ładne jednakowe ubrania i logo szkoły, tej szkoły. Szkoda tylko, że to pozory. Zwykle są to ubrania albo zdobyte z trudem, albo rozpadające się (na dłuższą metę droższe, bo częściej kupowane) i rozwalające się logo, którego koszt to 5zł/szt. Dobry wizerunek szkół często jest tylko pozorem, jaki ich dyrektorzy stwarzają nierzadko kosztem dzieci i ich rodzin. Czy warto jest puszczać dziecko do takiej szkoły, która tylko symuluje rozwijanie cech indywidualnych, a w gruncie rzeczy wykreśla możliwość ich ukazywania, a co już mówić o ich rozwijaniu?


Dla mnie pomysł ujednolicenia „wyglądu zewnętrznego” uczniów jest chybiony, paranoiczny a znane mi tłumaczenia powodów wprowadzenia mundurków w istocie są beztreściowe. Obawiam się jednak, że atencja dla dyrektorów szkół nie pozwala rodzicom będącym w kłopocie wyrazić swój sprzeciw. Jeżeli taki stan rzeczy istnieje nie z braku dokładnej analizy i całkowitego zawierzenia „uczonym”, to z pewnością z inercji, a nawet z przytakiwania decydentom szkolnym. Podejrzewam, że wszystkie trzy czynniki przyczyniły się do tego, co teraz obserwujemy. Najważniejszym jednak jest fakt, że rodzice dzieci wyrażając swój sprzeciw, nie robią tego wspólnie, czyli w grupie, ale osobno i ich opinia ginie w tłumie niezdecydowanych bądź będących za takim niby to rozwiązaniem. Ponadto aprobowanie tylko zwiększa tematykę omawianej kwestii i utrzymuje ludzi w świadomości o słuszności takiego postępowania i „rozwiązywania” kłopotów drogą łatwiejszą, ale nie skuteczniejszą.

Ubiór nie powinien być dekoracją szkoły i wspomagać ją w zdobywaniu uznania. Ubiór nie zakryje bezhołowia. Szkoła dobrze funkcjonująca, mająca sposoby na dobre nauczanie i poniekąd wychowywanie nieletnich, nie potrzebuje takich dodatków, które tylko by o niej pejoratywnie świadczyły. Stawia przede wszystkim na rozpoznawanie właściwego problemu i jego rozwiązywanie, a nie na likwidowanie symptomów poprzez swoją apodyktyczność. Tego uczy zarówno w teorii, jak i w praktyce. Tak na lekcjach np. matematyki, jak i w samym życiu. Dobra szkoła to innowacyjne pomysły, a nie te niesprawdzające się dzisiaj, zaczerpnięte z przeszłości. I pamiętajmy, że tylko dobra szkoła stanowi przyszłość. Ważne, aby przyglądać się wszystkiemu z pieczołowitą uwagą i poprawnie rozpoznać, która faktycznie idzie z postępem, a która jedynie wydaje się taką. Z rzadka, która szkoła to pandemonium lęku, alkoholowych i narkotykowych zjawisk. Te nagłośnione przypadki są rzadkością. Pamiętać jednak należy, że problemy te tak naprawdę zdarzyć się mogą w każdej szkole, nawet w tej najlepszej. Na razie nie wierzę w to, że czy to MEN, czy jakaś jednostkowa szkoła rozwiąże bolączki młodych ludzi i ich rodzin. Wydaje się, że rozwiązywanie problemów dla naszego szkolnictwa to abrakadabra, podobnie jak dla wielu rodziców wychowanie swoich pociech. Jeżeli już coś przygotowują, to zazwyczaj ad hoc, bez głębszego zbadania sprawy i zastanowienia się nad konsekwencjami.

Nasz afirmatywny stosunek do tego tylko utwierdza ich w przekonaniu, że mogą tak czynić dalej. A tak być nie powinno. Nasze dzieci nie powinny być królikami doświadczalnymi. My – rodzice nie powinniśmy na to pozwolić. Niestety, trudno nam dostrzec ułomności systemu edukacyjnego, gdyż sami byliśmy w nim wychowani i uznajemy to, za coś normalnego. Błędne jest jednak myślenie, że skoro z autopsji wiemy, iż jakoś przeżyliśmy, to i nasze dzieci dadzą radę. Ty tatusiu poradziłeś sobie, ale to nie oznacza, że twoja córuś też przez to przejdzie. Spójrz na to, czego dziecko musi się nauczyć w 3 klasie SP, a co w 4. Jak myślisz, jak to się odbija na dziecku? Przejście powinno być mniej drastyczne. Nie mowa już tutaj o tym, aby od uczniów mniej wymagać. To jednak pozostawiam do przeanalizowania każdemu opiekunowi i samemu MEN, bo to już zahacza o inny temat, na który nie zamierzam pisać pod tytułem dotyczącym mundurków. Ważne, że nieprzygotowanie oświaty widoczne jest prawie na każdym kroku. Oświaty oczekującej przygotowania od swoich uczniów, a która w pierwszej kolejności sama powinna dać im dobry przykład, a przede wszystkim dawać szansę wyróżniającym się jednostkom, nawet jeśli charakteryzuje je indywidualizm, o którym woleliby zapomnieć.

Dodaj komentarz

Źródło problemu


Wiadomości, jakie docierają do nas przez telewizję, prasę codzienną, periodyczną mają w sobie co niemiara przykładów, ukazujących jak mało ludzi potrafi poradzić sobie z własnymi emocjami. W dalszym ciągu nieustannie bombardują nas informacje o spięciach między ludźmi i niesnaskach świadczących o nieumiejętnie przeprowadzanych dyskusjach. Najwięcej do powiedzenia mają politycy. Jako ludzie znani z ekranów mają niemały wpływ na obywateli. Odnosi się jednak wrażenie, że nie zdają sobie w pełni sprawy, jaki swoim zachowaniem dają przykład ludności polskiej. Ich konflikty (a można by tego uniknąć) potrafią nie tylko znudzić i zmęczyć, ale także wzbudzać irytację. W końcu politycy powinni pracować, a nie spędzać czas na bezsensownych wymianach zdań, które i tak do niczego dobrego nie prowadzą.

Spory między firmami, krajami, ruchy społeczne i ci nieszczęśni politycy czynią tak z kilku powodów, ale główną przyczyną jest gniew zrodzony z przekonania, że ktoś jest ofiarą, upokorzonym, niewinnym. Skoro ludzie dorośli, piastujący ważne stanowiska w państwie, jak również nauczyciele, lekarze czy prawnicy nie potrafią poprawnie wyrażać gniewu, w taki sposób, aby był on konstruktywny, to czy można się dziwić zwykłym ludziom, którzy mogą mieć już dość i gniew przerodzić w destrukcyjne działanie? Człowiek atakujący biuro PiS w Łodzi mógł sobie nie poradzić z gniewem. Jakich mógł zaznawać emocji? Jaką rolę w jego decyzji odegrała czwarta władza, a jaką działacze polityczni? Jakie musiały być jego oczekiwania, że wpłynęły na taki rozwój sytuacji? Jakie wnioski mogły mieć wpływ na jego myślenie i postępowanie? Czy postąpiłby podobnie, gdyby miał z kim porozmawiać o swoich odczuciach i przemyśleniach, czy może właśnie to zrobił po takiej rozmowie? Czy jego gniew był związany z ostatnimi wydarzeniami, czy narastał?


Na przykładzie faktów nam przekazywanych przez mass media, możemy uczyć się rozróżniania emocji i ich źródeł oraz przeżywania budującego gniewu. Ten w Łodzi z pewnością nie był taki, a wręcz był niszczący. Dzieciom warto jest wyjaśnić, że drastyczne zdarzenia są rzadsze, niż się to może wydawać, oglądając stacje informacyjne, a ludzie zwykle nie są tak skłonni do agresji. Niech wiedzą: nie jesteśmy potencjalnymi ofiarami tylko dlatego, że jesteśmy w tym samym wieku, albo tej samej rasy, albo wyznawcami tej samej religii, co ofiara, o której usłyszeliśmy w radiu, telewizji lub przeczytaliśmy w gazecie. Świat też nie zawsze jest tak groźny czy nieprzyjemny. Bywa taki tylko czasami. Po prostu młodzi ludzie muszą być zapewnieni, że akty takiego przekraczającego miarę, niewłaściwie przeżywanego gniewu zdarzają się stosunkowo sporadycznie. Brak poczucia bezpieczeństwa może spowodować u pełnoletniego: szał, agresję, smutek, depresję, a co już mówić o niedojrzałej, nastoletniej lub kilkuletniej osobie i jej przeżywaniu gniewu.

Jak dojść do emocji, które wywołują w nas gniew i jak przeżywać gniew budujący nas, a nie rujnujący?

Przykład:
Niedawno słyszeliśmy o chłopcu, który maltretował inne dzieci i o proteście rodziców innych dzieci, którzy z jego powodu nie posyłają swoich pociech do szkoły. Przewinęła się także informacja na temat matki niewyrażającej zgody na badania psychologiczne tego, który jest jej synem i wciąż stwarza zagrożenie dla otoczenia. To dobry przykład, aby porozmawiać ze swoim dzieckiem na temat tego, co czułoby, gdyby było ofiarą takiego chłopca i co by musiało czuć, aby zachowywać się jak on. Można gniewać się na chłopca, można gniewać się na otoczenie, ale jakie uczucia sterują człowiekiem, że zachowuje się w taki, a nie inny sposób?
Dorośli mogą brać przykłady z filmów, literatury, dzieci z bajek, filmów dla młodzieży, ewentualnie gier.

Jeżeli już nie rezygnujemy z gier i filmów oraz wiadomości, które mają w sobie drastyczne i dramatyczne wieści, sceny, to trzeba nauczyć siebie i ludzi, za których jesteśmy odpowiedzialni właściwego podejścia do gniewu.

Gdy już wiemy, jakie uczucia nami kierują i doprowadzają do gniewu należałoby:
A - Pogłębić własne wiadomości na temat gniewu (być bardziej go świadomym), który zaczęliśmy już odczuwać.
B - Odwrócić swoją uwagę od tego, co wprawia nas w gniew.
C - Dotrzeć do związku, jaki ma ten gniew ze szczególną dla nas wartością.
D - Wybrać odpowiedni sposób wyrażania naszego gniewu.
E - Uzyskać kolejny wgląd we własną osobę i nowe możliwości rozwoju.

Opowiem pewną sytuację, w której byłam. Oto ona:
Kiedyś, w obcym dla mnie mieście podszedł do mnie człowiek i zadał pytanie.
-Która godzina?
Pytanie to było krótkie, treściwe, ale obrane w ton nieprzyjazny, bez żadnego przejawu respektu. Tak też brzmiała moja odpowiedź.
-5 po – sądząc, że nie będzie mu trzeba wyjaśniać, która minęła godzina 5 minut wcześniej, chociażby dlatego, że niedaleko umieszczony jest duży zegar, o którym wiedzą nawet ludzie będący tu pierwszy raz. Trudno go zresztą było pominąć wzrokiem. Jakże się zdziwiłam, gdy zaczął na mnie wrzeszczeć na ulicy, niedaleko śródmieścia.
-5 po której? Skąd ku... mam wiedzieć, po której?

W trakcie tego wszystkiego pojawił się szok i gniew. Gniew sam w sobie nie jest czymś złym. Wypada tylko umieć dobrze go wyładować. Zrobiłam to dzięki mojemu (dialogowi wewnętrznemu: Ja i Wnętrze).

Ja: Mam ochotę mu powiedzieć, żeby spierniczał.
Wnętrze: Jesteś zaskoczona takim przejawem zniecierpliwienia, brakiem utrzymania nerwów na wodzy, braku pomysłowości i lekceważenia drugiego człowieka.
Ja: Jestem tym przerażona. Nie mogę sobie na to pozwolić. Powinnam chyba wygarnąć mu to, aby wszyscy słuchacze słyszeli.
Wnętrze: Wtedy i ty popełnisz większość jego błędów: nie utrzymasz nerwów na wodzy, nie będziesz szanować, pokażesz brak cierpliwości i nie zobaczysz, co zrobi dalej, a i pomysłowością się nie popiszesz. Najłatwiej przecież jest się odegrać.
Ja: Czuję się niesprawiedliwie potraktowana, tak jakbym była gorszym gatunkiem.
Wnętrze: Czujesz się bezradna. Czujesz się okrutnie, wiem, ale pamiętaj, że często nie masz wpływu na to, co może ci się przytrafić. Rani cię także to, że inni potrafią być znieczuleni, wyprani z uczuć. W tej chwili jednak możesz pokazać, że masz kontrolę nad sobą, pokazać to sobie, a to jest ciężkie zadanie i jak widzisz, nie każdy to umie.
Ja: A czy jestem bezpieczna?
Wnętrze: Tak. Jesteś ze starszą siostrą. Jest was dwie i świadkowie na tej ulicy. Poza tym nie znamy sprawy z jego punktu widzenia. Może właśnie coś się wydarzyło i stąd to zachowanie?

Taka rozmowa (podobna, gdyż trudno pamiętać wszystko słowo w słowo) trwała tylko kilka sekund, ale pomogła mi podjąć decyzję.
-5 po 16 proszę pana – pokazałam, czym jest szacunek i się uśmiechałam jakby nigdy nic.
-Aha. Po 16 – powiedział do siebie.
-Tak. Po 4 po południu – dodałam cichutkim głosem.
-Trzeba było tak od razu – dodał z uśmiechem i odszedł.

No cóż, ciężko się źle odnosić do kogoś, kto jest miły, ale łatwo jest do kogoś, kto jest nieprzyjemny.

Ostatnio dodzwoniła się do mnie pani konsultantka z pewnej sieci telekomunikacyjnej, oferując mi coś, co wiązało się z ujawnieniem moich danych osobowych. Gdy już troszkę się rozgadała i zrobiła pauzę, powiedziałam, żeby już się tak nie męczyła. Nie skorzystam. Nie zarejestruję swojej karty, a już na bank nie wezmę abonamentu, ze względu na dane osobowe. Co prawda w innej sieci (zaakcentowałam słowo w „innej”), ale jednak wyciekły mi dane osobowe, co potem wykorzystano przeciwko mnie, więc nauczona doświadczeniem – i tu stanowczo – nie skuszę się na rejestrowanie, ani na wzięcie abonamentu. Zaczęła mówić, że w (nazwa tej sieci) inaczej „traktujemy” klientów. Powiedziałam jej wprost, że właściciele sieci nigdy do końca nie wiedzą, kogo zatrudniają, bo nie da się do końca poznać siebie, a co już pracownika.

Przez cały czas była sympatyczna, a ja dla niej przyjazna. Przyznała, że w takiej sytuacji już nic nie można mi przedstawić i odznaczyła mój numer telefonu, abym nie miała więcej podobnych telefonów. Naprawdę przyjaźnie zakończyłyśmy rozmowę. Zamiast ubliżać, wykłócać się, prosić wprost o usunięcie z listy tego numeru, po prostu byłam dla niej przyjaznym rozmówcą. Może i byłoby inaczej, gdyby nie to, że jej drugim pytaniem (po tym, czy jestem pełnoletnim właścicielem numeru telefonu) było to, czy mogę poświęcić jej teraz 5 minut. Może byłoby inaczej, gdybym chciała się wyżyć na problemach z siecią jakie ostatnio miałam. Wiem jednak, że takie kłopoty inaczej się rozwiązuje.

Rzeczywistość nie jest zawsze łagodna, ale to dlatego, że to my – ludzie nie jesteśmy delikatni i sprawiamy, że każdy dzień jest szary i ponury. Do tego stacje telewizyjne są pod presją dostarczania nam szokujących wiadomości. Musimy pamiętać, że to my sami siebie nie znamy i nie wiemy skąd w nas tyle pejoratywnych zachowań, postępowań. Staramy się ich nie widzieć, a nawet kiedy je dostrzegamy, nie zastanawiamy się nad ich początkiem. Przez to wszystko nie zmieniamy się na lepsze. Tracimy kontrolę nad sobą, a potem tłumaczymy się jakimiś bodźcami z zewnątrz i wewnątrz, jakimiś wypadkami wydarzeń. Zrobiłeś coś w afekcie? To nie jest usprawiedliwienie. To jest wyłącznie zaniedbanie z Twojej strony (ewentualnie i zaniedbanie Twoich opiekunów). To są Twoje emocje i należą one tylko do Ciebie i od Ciebie zależy, co z nimi zrobisz i jak/do czego je wykorzystasz. To nie broń palna (mimo wszystko) jest zagrożeniem (jej dostępność w Polsce jest łatwiejsza niż to się wydaje, tylko zwykli uczciwi obywatele mają trudny do niej dostęp), ale sam człowiek i to w nim należy szukać rozwiązania problemu. Zacznijmy od siebie.

3 komentarze

1 września 2010 - Pierwszy Dzień Reszty Jego Życia


Zbudziło mnie wypłowiałe światło następującego, zachmurzonego dnia. Czułam się nieprzytomnie, ręce były całkowicie zdrętwiałe i z trudem godziłam się z myślą, że czas wstać. Przyjemny sen opieszale odchodził w zapomnienie, nie chciał bowiem ujść nieuwadze mojej nieświadomości. W końcu zebrałam siły i wstałam z łóżka, po czym skierowałam się do łazienki. Woda wydawała mi się ukojeniem, a kiedy już miałam wychodzić, spojrzawszy w lustro, dostrzegłam błyszczące oczy i czerwonawe policzki. Przez głowę przeszła mi myśl, że może coś mnie bierze, ale za chwilę dostrzegłam bałagan na mojej głowie. Rozczesałam i doprowadziłam włosy do należytego stanu, a potem jeszcze spryskałam twarz chłodną wodą. Nie ma co się dalej oszukiwać. Nie chodziło o wygląd, ale o dzień. Nie mogłam zawieść mojego syna. Kiedyś miałam swój własny dzień i niestety, wtedy nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami nie przychodziło mi łatwo. Prościej było rozmawiać z osobami dorosłymi nieprzebywającymi ze mną na co dzień niż z nowymi znajomymi w moim wieku. Nawet rodzice, najbliżsi wtedy ludzie, nie umieli, albo nie chcieli w pełni dostać się do mojego wnętrza, zakamuflowanego za solidną powłoką. Sądzę, że nawet nie myśleli o tym. Szybki rytm szarego dnia i srogość życia nie pozostawiał im możności do takich refleksji. Zawsze zastanawiałam się, czy nie inaczej odczuwam to, co jest wokół mnie.

Mniejsza z tym, teraz liczył się tylko on. Martwiłam się dlatego, że nie wiedziałam czy poradzi sobie w nieznanym mu dotąd położeniu. A dzień ten miał być dopiero początkiem. Już z samego rana czułam się zmęczona. Przyznam, że nie spałam za dobrze tej nocy, nawet upajanie się powolnym oddychaniem przez przeponę nie uspokoiło mnie. Nie potrafiłam przywyknąć do nowej sytuacji. Kiedyś już wyobrażałam sobie ten moment. Wtenczas nie przewidywałam, że po mnie, to niepożądane przez większość napięcie, będzie bardziej widoczne, niż u dziecka. A jednak coś w tym jest, że rodzic przeżywa bardziej niektóre sprawy dotyczące swojego dziecka, od niego samego. Syn w przeddzień tego ważnego dnia z małymi wyjątkami sprawiał wrażenie wyluzowanego i uśmiechniętego. O jego gwałtownej i prawie nieustannej ruchliwości nie ma co tutaj się rozpisywać, taki po prostu jest już od kołyski. W każdym razie naciągnęłam do pępka kołderkę i wtuliłam się w poduszkę, ale usnęłam dopiero o świcie.

Krisa przygotowywałam do szkoły przez cały jego rok spędzony w zerówce w przedszkolu. Chyba oswoił się z myślą, że czekają na niego otwarte drzwi szkoły. Obawiam się jednak, że nie do końca dochodzi do niego, że już nie będzie tyle zabaw, ile było w przedszkolu. Nie ma co robić się w balona. On jest z tych dzieci, które są cwane, ale popisują się, bo lubią być w centrum uwagi. Przy jego nadpobudliwości, potrafi być uciążliwy dla otoczenia. I to właśnie takie dzieci, choć często są zauważalne, zwykle bywają nielubiane. Nie dość, że ciężko mu bezczynnie siedzieć, to w dodatku nie wyobraża sobie życia bez głośnego gadania i jęczenia, gdy coś nie idzie po jego myśli. W trakcie próby rozmowy na tematy, których z pewnych względów nie chce prowadzić, potrafi w zawrotnym tempie zmienić temat, a jeśli mu się to uniemożliwia, z łatwością wpada w furię. Uspakajanie i rozmowa potrafi jeszcze z większym natężeniem wzbudzać najbardziej pejoratywne własności, jakie posiadać może taka młoda osobowość będąca od początku nastawiona na NIE do wszystkiego, co nie pochodzi od niej i symultanicznie, nie jest zgodne z jej koncepcją. Do tego system zachęceń nagrodami i zniechęceń karami tutaj nie skutkuje. Dziecko to nie przejmuje się nimi. Wszystko bierze na przeczekanie. Dlatego też nie ukrywam, że ostracyzm jest tu możliwy, a to jedna z ostatnich rzeczy, jakie bym chciała, aby istniały wśród pobratymców. Z drugiej strony, jeżeli będzie potrafił przejść obojętnie w stosunku do drwin czy też pochlebstw dla jego osoby, to niewątpliwie przyniesie mu to korzyść. Oczywiście, jeżeli podług niego będzie to droga do szczęścia. Nie zmienia to faktu, że na dłuższą metę może czuć się samotnie.

Przy śniadaniu ważyłam słowa, jakie wypowiadałam. Robiłam wszystko, aby jego chęć pójścia do szkoły nie zagasła, a trzeba przyznać, że zagrożenie istniało, jako że wystarczył mały powiew źle dobranych wyrazów i dosięgać wzrokiem płomień można byłoby jedynie wśród innych młodych pierwszoklasistów. Po jakimś czasie wybraliśmy się w trójkę: On i jego rodzice do miejsca, w którym miał spędzić 6 lat swojego życia. Kiedy weszłam do szkoły, zobaczyłam, jak wygląda ona od środka. Skłamałabym, że to obrzydle wyglądająca buda. Widać, że dyrektorki i dyrektorzy polskich szkół wzięli się za remontowanie nie tylko tam, gdzie sądziłam. Wiedziałam, że od dyrekcji dużo zależy i faktycznie, zarządzać placówką trzeba umieć. Nie lubię jedynie wystawionych na pokaz licznych świadectw czy innych przedmiotów mających świadczyć o sukcesach danej szkoły. To tak, jakby ten posterunek oświaty chciał skusić rodziców, aby posyłały tam swoje pociechy. Przypomina to o walce szkół o przetrwanie. Jeżeli temu to nie służy to czemu? Chwaleniu tego, co się ma lub osiągnęło? Czy chwalenie zasługuje na jakikolwiek duser? Niech to będą zdobycze osiągnięte bardzo ciężką pracą każdego z pracowników tej instytucji, to czy taki sposób pokazywania efektu tego wysiłku jest właściwy? Niemniej wszystek wystrój szkolny był wyraźnym poświadczeniem dbałości i zapędu do uczynienia ze zwykłej budy coś ponadprzeciętnego i przyjaznego dzieciom. Zapewne odbywa się to niemałym kosztem i to nie tylko finansowym, ale zdrowotnym zwłaszcza nauczycieli i administracji oraz ich nierzadko występującym brakiem czasu dla rodzin. Nie mnie samej jednak wnikać w poprawę stanu szkół w naszym kraju. Niektórzy wkładają w to za mało serca, a niektórzy zanadto. Niewątpliwie umiar jest potrzebny zawsze i wszędzie. W tym miejscu duże pole do działania mają wszyscy rodzice, jak i ich zdanie pod względem sposobu szkolenia ma duże znaczenie. Szkoda tylko, że tak mało z nich wie o tym, nie zabiega o wiele, wmawiając sobie, że nie są od tego i tylko z tego powodu, ich opinia nie jest brana do rozważenia. W pojedynkę nie można zbyt wiele, ale jeżeli inni zobaczą problem i zechcą to zmienić, to dla wspólnoty rodzicielskiej droga zawsze jest otwarta.

Inna sprawa, że dobry nauczyciel to nie tylko ten, który ma odpowiednią wiedzę, ale przede wszystkim ten, kto umiejętnie i ciekawie przekazuje informacje, dzięki czemu można go określić jako człowieka umiejącego nauczać dzieci. Na nic zdaje się szybkie kończenie uzupełniających studiów, jeśli pedagog nie dysponuje innowacyjnymi metodami i wciąż nowymi pomysłami, nie potrafi zarazić dzieci głodem do świata i miłowaniem mądrości. Dobry nauczyciel to taki, który nie tylko dużo wymaga od dzieci, ale również wiele wysiłku żąda od siebie samego. Trud to jedno, a drugie to jeszcze sam efekt końcowy, który zależny jest nie tylko od nauczyciela, ale także od indywidualizmu danego dziecka. Ważne, aby rozwijać w dziecku pasje i zainteresowania, ale nie zarzucać go mnóstwem obowiązków i zmuszać do tego, czego nie chce. Wiem także, że i tutaj pojawi się przeciwność. Chociażby ta, że szkoły powinny rozwijać kreatywność, a większość z nich próbuje narzucić uczniowi to, co i jak ma się uczyć. Przykładem jest informatyka i jeden słuszny system operacyjny. Krystian od samego początku zapoznawał się z systemem Linux i bardziej rozwiniętymi programami od programu Pint. Teraz czeka go nauka co i gdzie kliknąć, czyli wyuczenie co robić, ale gdyby program się zmienił, to miałby już problem z odnalezieniem danych opcji. Oczywiście szkoła tłumaczy się tym, że to nie informatyka tylko zajęcia z komputerem. Cóż z tego, skoro Krystian nie może uczyć się na alternatywie? Do tej pory korzystał z programów: GIMP i Inkscape. Poza tym nie podoba mi się to, że będą mieli gry „edukacyjne”. Nauczyłam się, że prawdziwych gier edukacyjnych nie ma, a programów edukacyjnych jest skromna liczba. Szkoła jednak milczy na temat innych aplikacji. W tym roku to tylko Pint, a potem, na lekcjach informatyki będzie jeno Windows i żaden inny. Tak właśnie nabija się przyszłych klientów firmie Microsoft. To błędne koło, które można przerwać, wprowadzając do szkół możliwość rozwijania indywidualnych potrzeb, wydaje się jednak, że krok ten jest niemożliwy, gdyż przyzwyczajenia nauczających stanowią przeszkodę nie do pokonania. Rozszerzanie i dbanie o jednostkowe zainteresowania w naszym szkolnictwie to tylko pusty slogan, nic nieznaczący a mający jedynie przyciągnąć uwagę rodziców. Tak jest nie tylko z przedmiotami związanymi z komputerem, ale to tutaj pojawia się kłopot mojego syna, tym bardziej że sam wybrał takie programy, a nie inne i zaczął się na nich uczyć. Nigdy nie kojarzył komputera z grami, do tego woli konsolę. Rzecz jasna góruje Mario (w postaci człowieka). Czasami (to słowo już jest nadużyciem) tylko pozwalam mu zagrać jako Tux (w postaci pingwina) na systemie Linux, ale tylko wtedy, kiedy zabieram go w nudne (dla dziecka) miejsce i mam ze sobą laptop. To jednak zdarzyło się zaledwie dwa razy w całym jego życiu. Gry te – rzecz jasna – polegają na tym samym. Kto grał, ten wie : o)

O całym tym szkolnictwie myślałam, aż do końca mowy wychowawczyni Krystiana. Słyszałam, jak to wszystko ładnie brzmi zachęcająco z jej ust i jak bardzo z niektórymi rzeczami się nie zgadzam. To, co może brzmi i wygląda wspaniale, w żadnym razie nie musi być warte naszego zainteresowania. To, co jakoby pomaga, może zaszkodzić. Boję się, że Krystian popadnie w pewien schemat, jaki cechuje wielu ludzi. Kliknij tu, tam i samo się zrobi, a jak się coś wyłoży to trudno, jak się zawiesi to zresetuj, a gdy się wyłoży system to... przecież, po co go ratować, skoro można zainstalować na nowo. Po co dowiadywać się co było przyczyną i jak powód zaistniałej zagwozdki rozwiązać? Jeszcze niedawno pytał się, dlaczego Internet nie działa. Pokazałam mu mrtg i mtr. Na swój sposób zrozumiał. Na razie połączenie z Internetem używa tylko do jednego. Do strony, na której za pomocą myszki można kolorować. Czasami lubi tę formę zabawy. Krótko mówiąc, jeszcze się interesuje, jeszcze mu się chce. Jeszcze, ale jak długo to mu pozostanie? Żeby jak najdłużej!

Kiedy wracaliśmy, spostrzegliśmy ciepło i jasność dnia, gdyż słońce wyszło zza chmur. Nie warto jednak przypisywać pogodzie jakiegoś większego znaczenia, choć mam nadzieję, że to, co tego dnia się rozpoczęło, skończy się równie pogodnie dla duszy mojego dziecka. Z taką myślą zjadłam obiad, a później kolację. Tego dnia poczułam się, jakby mojej rodzinie niczego nie brakowało, no może tylko ciszy, gdyż Krystiana gromkie rozrywki i wpadanie z impetem na członków rodziny, w tym na koty, to rzeczy dotychczas niezmienne : o) Wieczorem rozmowa na temat szkoły była krótka, ale treściwa i wynikało z niej, że Krystian czuł się niepewnie, atoli nie zniechęcił się do szkoły. Powiedziałabym, że wprost przeciwnie. Obiecał mi, że będzie próbował uczyć się systematycznie i w razie problemów będzie mnie prosił o pomoc. Biorę to za dobrą monetę, zawierzam jego słowom, niemniej jednak podchodzę do nich z pewną rezerwą. Grunt, że jest nastawiony na poznawanie tego, co jest mu teraz obce. Oby tak dalej!


Pocałował mnie delikatnie w policzek, a ja w jego czółko. Woń jego oddechu po umyciu ząbków była owocowa, co dało mi do zrozumienia, że odpieczętował nową pastę, zamiast zużyć do końca wcześniej kupioną, tym samym złamał dane mi wcześniej słowo. Nie obyło się więc bez zwrócenia mu uwagi. Do snu przeczytałam mu bajkę „Bambi”, przy której szybko usnął. Eksperiencje i zdarzenia dnia dały się we znaki nie tylko mnie, ale i jemu. Rzadko pada ze zmęczenia i to właśnie było w tym dniu najbardziej ujmujące. Zwykle trzeba się natrudzić szukaniem pomysłów na spędzenie wolnego czasu i wcieleniem ich w życie, aby w ogóle wcześniej zechciał zmrużyć swoje oczka. Do tego dochodzi jeszcze przynajmniej jedna bajka, często napisana przeze mnie wcześniej lub wymyślona na poczekaniu. W tym całym improwizowaniu najwspanialsza jest spontaniczność i wyobraźnia. To przyciąga odbiorcę, skutkiem tego wprzódy zajmujemy się moim opowiadaniem, a później czytamy inną bajkę z wybranej przezeń książki, przy której pogrąża się we śnie. Tym razem nie musiałam zaprzątać sobie głowy tym, aby przekonująco opowiedzieć ciekawą dlań historyjkę. Spał jak kamień, nawet nie drgnął przez dłuższy czas. Zdawało się, że nie męczą go dawniejsze koszmary czy też przyjemne marzenia senne. Ażeby tylko tak spokojnie mijały mu lata szkolne, a będzie dobrze, źle mu dziać się nie będzie.

2 komentarze

Omówienie wiersza "Świtezianka" Adama Mickiewicza


Świteź to jezioro, na którego dnie umieszczone zostały ruiny miasta. Nocą woda ta jest źródłem romantycznej imaginacji, o czym można przeczytać w wierszu „Świteź” tego samego pisarza. Niegdyś rozpowszechniła się pogłoska, że nad brzegiem tegoż jeziora ukazują się Nimfy wodne, Ondiny, które ogół ludzi biedniejszych i nieoświeconych zwał Świteziankami.

Akcja jakże baśniowego świata przedstawionego w tejże balladzie rozgrywa się nocą, na przełomie lata i jesieni. Pora ta charakteryzuje się zbiorami, obfitością, ciepłotą. Przy lesie, nad brzegami Świtezi „Na dzikich brzegach (...)”, główne postacie, w tym jedna fantastyczna, tajemnicza kobieta „Kto jest dziewczyna? - ja nie wiem”, spotykają się ze sobą i „Brzegami sinej Świtezi wody, | Idą przy świetle księżyca (...) Każdą noc prawie, o jednej porze, | Pod tym się widzą modrzewiem”.
Wątkiem utworu jest miłość nieszczęśliwa. Zwykle miłość szczęśliwa nie posiada historii, którą byśmy znali i analizowali. Czy to czasem nie jest błąd? Dobre przykłady też są niezbędne i warto się na nich uczyć tworzenia zdrowych więzi z bliskimi. W miłości romantycznej nie jest istotne uczucie dopełnione, rozsądne, lecz sama pasja miłosna. Idealizowanie erotyzmu, zmysłowości, chęci zaspokojenia pragnień wywodzących się z gwałtownych, nieokiełzanych czułości rozproszony jest nie tylko w romantyzmie, ale i w dzisiejszej kulturze, w naszych wyobrażeniach na temat tego najwyższego uczucia. Niestety, pasja taka zwykle kończy się cierpieniem, nieszczęściem.

"Świtezianka” to młodzieńcze dzieło Mickiewicza i powiązane z dobrze mu znanym widokiem Świtezi. To właśnie dzięki zaznajomieniu się z otoczeniem i legendami, jedną z tych baśni przekłada na jakże piękny poemat o dwojgu młodych, którzy to przy blasku księżyca pojawiają się nad brzegiem wspomnianego już jeziora. Młodzian – myśliwy, strzelec w miejscowym borze jest adoratorem jednej z nimf. Admirator urody niewiasty, która zjawia się skądś i znika gdzieś, przez co nie wiadomo, kim jest. Jego admiracja dla tej pięknej dziewicy jest godna podziwu, aż do momentu, kiedy przeistacza się w pretensjonalne wyrażanie uczuć. Składanie miłosnych obietnic, zapewnianie o chęci poślubienia takim sposobem nie tylko ujawnia cel jawny chłopca, ale drugi cel będący tajnym do pewnego stopnia. Czy jest tu także mowa o celu utajonym całkowicie? To już pozostawiam do subiektywnej oceny czytelnika, acz i sama będę próbowała odpowiedzieć na to pytanie.
Ona mu z kosza daje maliny,
A on jej kwiatki do wianka


Można zauważyć, że na samym początku jest im ze sobą wspaniale. Przychodzi jednak moment, w którym mężczyzna ujawnia swoje zniecierpliwienie, dzięki czemu ukazuje niezdolność do radowania się tym, co jest oraz pragnienie czegoś więcej, niż ma. Prawdopodobnie już od jakiegoś czasu nie umie spotykać się z nią dla samego faktu spotykania, przebywać dla samego faktu bycia z nią. Dzika, impulsywna namiętność przeważa nad dotychczasową miłością platoniczną, która zaczyna mu nie wystarczać. Tylko czy to jest jej wina, iż szuka czegoś więcej? Czy może jednak to w nim tkwi problem, który trudno mu pojąć i go rozwiązać, za to łatwiej jest zacząć niszczyć to, co piękne, czyli afekt?
"Chateczka moja stąd niedaleka
Pośrodku gęstej leszczyny;
Jest tam dostatkiem owoców, mleka,
Jest tam dostatkiem zwierzyny.
"

Dziewczę wyraża obawę co do stałości jego odczuć. Przywodzi na pamięć ostrzeżenie ojca. Świadome jest tego, że wyrazy wypowiadane przez tegoż adonisa wcale nie muszą odzwierciedlać jego woli, rzeczywistości. Treść deklaracji może okazać się zupełnie przeciwna do faktycznych intencji. Szczególnie tyczy się to męskiej części ludności i ich relacji z płcią nadobną:
Stój, stój - odpowie - hardy młokosie,
Pomnę, co ojciec rzekł stary:
Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie,
A w sercu lisie zamiary.
"

Jeśliby ta deklaracja była odbiciem chęci chłopca, to i tak pozostaje niepewność co do permanencji tego zapędu. Efemeryczność pojawia się dość często w relacjach między ludźmi. Nic zatem dziwnego, że niewiasta nie jest do końca utwierdzona o jego miłości i stałości tychże jak ważnych uczuć. W tok tych przemyśleń postanawia mu odmówić:
Więcej się waszej obłudy boję,
Niż w zmienne ufam zapały,
Może bym prośby przyjęła twoje;
Ale czy będziesz mnie stały?
"

Młodzieniec przysięga jej wierność, miłość, zaklina się być godny zaufania, nawet szatańskie zwołuje moce:
Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,
Piekielne wzywał potęgi,
Klął się przy świętym księżyca blasku,
Lecz czy dochowa przysięgi?
"
Choć pewno marzyła o tym, aby jego słowa były zgodne z prawdą, to jednak nie pozwoliła na zamydlenie sobie oczu. Dostrzec można admonicję, ostrzeżenie groźnie brzmiące:
Dochowaj, strzelcze, to moja rada:
Bo kto przysięgę naruszy,
Ach, biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!
"

Zaraz później z wód tegoż jeziora wyłania się inna piękność kusząca chłopaka. Pod nieobecność tamtej dziewicy rozgrywa się walka wewnątrz chłopca.
Podbiega strzelec i staje w biegu,
I chciałby skoczyć, i nie chce
"
Ten cytat dowodzi, że sam nie jest przekonany o swoich faktycznych intencjach i celach. Jak to możliwe, że jego główny zamiar mógł być i przed nim samym ukrywany? Otóż nieświadomość swojej osoby to częste zjawisko nawet w dzisiejszych czasach, które doprowadza do nieszczęść różnego rodzaju.

Wtem modra fala, prysnąwszy z brzegu,
Z lekka mu w stopy załechce.
I tak go łechce, i tak go znęca,
Tak się w nim serce rozpływa,
Jak gdy tajemnie rękę młodzieńca
Ściśnie kochanka wstydliwa
"
Z łatwością można zauważyć, że młody szybko ulega nowo poznanej nimfie i już nie pamięta o tej, której jeszcze przed chwilką był wielbicielem:
Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,
Przysięgą pogardził świętą
"

W mężczyźnie bierze górę namiętność i to jej się poddaje:
Już z dala suchych odbiegł wybrzeży,
Na średnim igra jeziorze.
I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,
W pięknych licach topi oczy,
Ustami usta różane goni
I skoczne okręgi toczy.
"

Nagle okazuje się, iż bogini ta jest „dziewczyną spod lasu”, która uknuła to wszystko, aby przekonać się, jakie są realne cele chłopca.
Utwór tłumaczy o nieuchronności kary, jaką należy ponieść za swoje niegodne czyny, w tym i za niedotrzymanie danego słowa, tym samym za złamanie przysięgi:
A gdzie przysięga? gdzie moja rada?
Wszak kto przysięgę naruszy,
Ach, biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!
"

Bezkompromisowa postawa tytułowej bohaterki pewnie rani niewiernego, a kara, jaką musi nałożyć na młodego strzelca za wiarołomstwo, musi być dotkliwa. Nie ma tutaj usprawiedliwienia adolescencją (młodość może i ma swoje prawa, ale do pewnego stopnia) ani tym, że działał w afekcie. Na nic zdaje się tłumaczenie jego postępowania przez powoływanie się na przypadek wyjątkowy. Skoro żywił afekt do swojej wybranki, nie powinien dać się uwieść. Bezrozumne postępowanie doprowadza do nieprzyjemnych konsekwencji. Nasuwa się jednak pytanie: Czy kara ta jest proporcjonalna do czynu, jakiego dokonał bohater? Czy jeśli nie jest ona symetryczna do jego zachowania, to czy ma to związek z nienawiścią i zazdrością?
Surowa ziemia ciało pochłonie,
Oczy twe żwirem zagasną."
A dusza przy tym świadomym drzewie
Niech lat doczeka tysiąca,
Wiecznie piekielne cierpiąc zarzewie
Nie ma czym zgasić gorąca
"
Dusza młodzieńca zostaje zaklęta w drzewo, modrzew, który stał nad brzegiem jeziora. Drzewo – chłopiec ma skowyczeć z żałoby za zatraconym przezeń szczęściem i niedocenioną miłością. Stan ten ma trwać tysiąc lat. Przypuszczalnie dlatego, aby nauczył się cieszyć z tego, co jest wokół i co jest mu dane.

Bezsporne jest to, że poznanie adekwatne pozwoliło Świteziance pokazać adoratorowi jego łganie i przekonać się samej, że tym razem jej stronniczość nabyta podczas wychowania nie zawiodła jej. Natomiast próba przeobrażenia siebie w istotę zdolną do obiektywizmu ułatwiła jej zrozumieć w praktyce ulotność uczuć, z którymi się człowiek afiszuje.

Z pewnością dla zdrajcy niełatwa będzie adaptacja, która go czeka, bo kto chciałby przystosować się do nowego środowiska, w którym nie tylko panują nowe warunki, ale i ból duszy, podczas kiedy nimfa bawi się w najlepsze, pływając w falach wody Świtezi?
Ona po srebrnym pląsa jeziorze,
On pod tym jęczy modrzewiem.
Kto jest młodzieniec? - strzelcem był w borze.
A kto dziewczyna? - ja nie wiem.
"

Swoją drogą, warto się zastanowić czy dziś także żyjemy w automistyfikacji i łudzimy samych siebie w kwestii własnych zamiarów, co może nas doprowadzać do niezgody z innymi, samoudręczeń, a nawet autodestrukcji.


Konstrukcja wiersza:

Budowa tej ballady jest stroficzna. Ma ona trzydzieści osiem zwrotek. W każdej z nich znajdują się cztery wersy. W wierszu znajdują się:

  • rymy, np. maliny-dziewczyny; pora-jeziora; rada-biada; wianka-kochanka; porze-borze,
  • epitety, np. chłopiec piękny i młody; sinej Świtezi,
  • porównania, np. znikła jak lekki powiew wietrzyka; jej twarz jak róży bladej zawoje.
4 komentarze

(Nie)solidaryzowanie się w czasie (s)pokoju


Od dziecka zastanawiam się nad pewnymi zjawiskami i zachowaniami ludności naszego państwa. Proszę nie uważać, że mam coś wspólnego z oikofobią (a może lepiej: ojkofobia?). Po prostu nawiązuję do indyferencji zaobserwowanej w moim ojczystym kraju. Wielu upatruje przyczynę bierności w niczym innym jak w myśleniu, które pomagało przetrwać za czasów PRL-u. Przekazywany sposób bycia z pokolenia na pokolenie nie pozwala na duże zmiany i to nawet w wolnej Polsce. Czy tak jest faktycznie?

Miałam 13 lat, kiedy jadąc z moim ojcem tramwajem, po raz pierwszy zemdlałam. Niezadługo okazało się, że przestałam oddychać. Nie dawałam oznak życia. Każdy patrzył się na moje leżące ciało, ale nikt nie pomógł. Nikt nie pomógł mojemu ojcu. Nikt nie zapytał czy może pomóc. Nikt! Na szczęście zaraz tramwaj zatrzymał się na przystanku przy szpitalu i po przeniesieniu mnie na teren szpitala – z relacji ojca – przechodząca lekarka zainteresowała się tym, co się ze mną stało. Tu muszę podkreślić, że mimo zimy temperatura przekraczała 18 stopni C. w słońcu, a tramwaj był ogrzewany. Jak łatwo się domyślić, miałam na sobie kurtkę i bardzo przeszkadzało mi niczemu niewinne słońce. Chciałam zdjąć kurtkę, ale nie zdążyłam. Niedostosowanie klimatyzacji do panujących warunków obserwuję do dzisiaj. Latem w 2003 roku, w czasie ciąży zemdlałam w nowym tramwaju linii 10 (Łódź). Wszystko dzięki temu, że klimatyzacja była wyłączona, a w tramwaju tłok. Oszczędzają na nas, bo my na to pozwalamy!
Drzewiej, po gwałcie wyrzucono z pędzącego pociągu Anię D. Nikt nie zorientował się, co dzieje się w tej części pociągu. Ludzie boją się podróżować sami. Kiedyś był to strach przed kradzieżą, teraz bywa to lęk przed poniżeniem i śmiercią. Nikt nie chce się narazić. To jakby walka o to, aby wyjść bez szwanku.
Ludzi nauczono, że gdy jadą komunikacją, to muszą płacić. Nikt już nie pamięta darmowych i tanich przejazdów (nie mowa o tych pojazdach jeżdżących do supermarketów). Płacą, bo tak trzeba. Wsiadają, kasują bilety nawet wtedy, kiedy nie muszą. Niejednokrotnie pakują ten bilet do kasownika kilkakrotnie, choć ten bywa uszkodzony. Wtedy idą do drugiego, a jeśli ten nie zadziała, to albo jadą bez skasowanego biletu, albo wysiadają. Ludzie nie wiedzą, kiedy muszą, a kiedy nie muszą kasować biletu. Robimy to, bo chcemy mieć spokój. Uwierzymy we wszystko, co powiedzą nam kontrolerzy biletów. Wszystko, byle nie narazić własnej opinii i nie musieć wstydzić się przed innymi pasażerami, albo – co dla wielu gorsze – narazić siebie na stres związany z policją. Nawet jeżeli znamy przepisy, nie chce nam się wykłócać z kontrolerami, którzy udają, że wszystko wiedzą najlepiej. Naprawdę, rzadko zdarza się ktoś, kto zawalczy, narażając się nie tylko kontrolerom, ale dodatkowo tym, którzy kasują, bo według nich nieskasowanie jest amoralnym czynem. Influencja takiego walczącego skierowana na to, aby pozostali poznali, co im się należy, jest z góry skazana na niepowodzenie. Ludzie lubią walczyć o swoje, ale nie tam, gdzie chodzi o cenę biletu (choć w tym jest zupełnie głębszy sens, ludzie zwykli widzieć tylko pieniądze), czy też nie kosztem narażania siebie na sąd innych. Przekręty ludzie robią po cichutku, z daleka od dużej zbiorowości i świadków, aby czasem ich nazwisko/nazwiska i wizerunek nie ucierpiały.

Takie podejście ludzi do wielu spraw wykorzystuje się nagminnie, np. wyłudzając od ludzi sporą kwotę za przejazd autostradą, stosowanie nieobniżonych kwot podczas jej remontu. Wszak Polak i tak nie zawalczy, a jeśli jakiś się znajdzie, to może wystraszy się sądu. W razie sądu, może przegrać. W sytuacji wygranego przez niego procesu i tak mała strata, więcej się zyska na innych, którzy i tak zapłacą, bo tak należy. Na wszelki wypadek trochę postraszymy i już. Dlatego ważne jest nagłaśnianie takich przypadków. W ostatnim przypadku (dotyczącym autostrady) sąd dał znać, że nie należy tak postępować, a dodatkowo – co do monet – każdy pieniądz to pieniądz. Na marginesie: moi rodzice zawsze płacili drobniakami aż do ich pozbycia się. W końcu ile można mieć drobniaków? I jakoś wtenczas panie w aptece, czy w warzywniaku cieszyły się z tego. Widocznie teraz 1gr nie jest tym, co jeszcze 10 lat temu [bo, że nie tym, co 20 lat temu (10 gr = tysiąc złotych), to wiadomo : o) ]. Czy to świadczy, że poziom życia nieco się polepszył?

Czas powrócić do tematu. Nie ma co się oszukiwać, takie sprawy jak ta z autostradą są jednostkowymi przypadkami i to na nasze własne życzenie. Dlaczego? Dlatego, że nas – takich jednostek – chcących i walczących o to jest tak mało. Uwiąd prawa, brak świadomości prawnej obywateli – to są główne przyczyny. Niestety, tego nie nauczają w szkołach podstawowych, średnich, a to według mnie duża strata dla naszej społeczności. Źródłem problemu jest również brak wewnętrznej chęci niesienia pomocy innym. Gdy ktoś naprawdę chce pomóc, próbuje ominąć wszelkie przeszkody (naturalnie, jeśli tylko może). W szkole, pracy, domu, jak również w Internecie próbujemy ukazać siebie jako ludzi mądrych, odważnych, dobrych, skorych do pomocy, wrażliwych na krzywdę i brzydzących się kłamstwem, przemocą. Ilu jednak z nas pomoże, kiedy ktoś będzie tego od nas potrzebował? Ilu z tak demonstrujących się ludzi już było świadkami pobić, gróźb, kradzieży w komunikacji miejskiej, na ulicy i nie zareagowało?
Czy Ty też przyglądałeś się z resztą pasażerów, jak grożą komuś i mimo że was było więcej, bałeś się zareagować? Czy nie ingerowałeś, bo bałeś się, że pozostali oleją sprawę i zostaniesz sam? Bałeś się, że jeszcze staną po stronie oprawców, oskarżając Ciebie o to, że mieszasz się w nieswoje sprawy, niepotrzebnie się czepiasz i przeszkadzasz? Wielu ojców i sporo matek przestrzega dzieci, aby nie narażały się na „niepotrzebne” ryzyko i aby nie mieszały się w cudze sprawy i sytuacje. Uczą tym samym nieludzkiej, brutalnej niemocy. Osób o takiej ułomności, bezradności jest bez liku. Nie baczą oni na to, że łącznie (razem z innymi ludźmi) mogliby z łatwością pokonać przemoc, a nawet dziury, bariery prawne. Zwykle nikt z nich nie interweniuje. Pasażer autobusu, tramwaju może zwrócić się jeszcze do prowadzącego pojazd, by ten zadzwonił po straż miejską. Człowiek na ulicy ma już mniejsze szanse, chyba że przypadkiem trafi na służby.

W związku z tym tak ważna jest solidarność i zjednoczenie w czasie pokoju. Jak widać, sztuką nie jest solidaryzować się jedynie w czasie, w którym wszystkim nam jest źle, bo to źle nas jednoczy. Sztuką jest solidaryzować się, zachowując swój indywidualizm w czasie, kiedy nam osobiście jest dobrze, bo chcemy by to dobrze jednoczyło jak najwięcej jednostek.

2 komentarze

Toż to hipokryzja


Grymaszą, że mają dosyć oglądania TV, bo tam bezustannie o tym samym. Jednocześnie większość z tych ludzi wzięła urlopy właśnie po to, aby oglądać telewizję. Tylko nikt się z nich nie przyznaje wprost, tylko pośrednio, gdy mówią jakie jest szokujące to, co ujawnia telewizja. Hipokryzja?

Autorem słów jest moja... nieistotne, ktoś z mojej rodziny starszy ode mnie o dobre 30 lat. Człowiek nie może spać, człowiek nie może normalnie żyć, bo ogląda tv i myśli tylko o jednym.
Mnie również wydaje się, że ludzie lubią, gdy ich coś absorbuje. Czyżby, aż tak na co dzień się nudzili? A jeżeli coś zaprząta nie tylko ich uwagę, ale tłumu, to czy wtedy czują się bardziej zrozumiani, akceptowani przez część społeczeństwa? To po to oglądają tv, a chcąc być w porządku wobec drugiej części naszej zbiorowości, mówią, że mają już dość telewizji? Najlepiej iść za prośbą http://kwiatpaproci.jogger.pl/2010/04/14/bez-tytulu-5/ w której nawołuje, abyśmy wyłączyli telewizor. Ja mam całkowicie wyłączony od poniedziałku, ale i w sobotę czy niedzielę nie oglądałam non stop. Włączałam na chwilę i wyłączałam. Tak co jakiś czas. Dziś włączę telewizor, ale dla dziecka, które właśnie kończy przyjmować zastrzyki. Puszczę mu z DVD bajkę, bo jest dzielnym pacjentem (pominę fakt jednej ucieczki z pokoju do pokoju) ; o)

Inna sprawa, że stacje bez reklam długo nie wytrzymały. Żałoba żałobą, ale zarabiać im ona nie przeszkadza ani na reklamach, ani na stosowaniu apoteozy, co innych może odpycha, ale jak wielu przyciąga przed telepatrzydło, zwłaszcza z tego drugiego, niecodziennego powodu.


Skoro widzi to już ta osoba z mojej rodziny, to faktycznie, musi mieć to kolosalny wymiar. Nie chciałam już pisać niczego związanego z żałobą, ale to tak na mnie zadziałało, że musiałam... Musiałam, bo jeżeli ostatni człowiek w rodzinie, jakiego bym o to podejrzewała, nagle to mówi... trzeba to gdzieś zapisać. Padło na mój jogger.

3 komentarze

Spontanicznie o szukaniu Boga


Na temat szukania Boga wpis miałam napisać już dawno i nawet napisałam, ale nie opublikowałam. Dziś wpis kwiatpaproci.jogger.pl zmusił moją leniwą duszę do napisania o tym jeszcze raz (nie wiem, gdzie tamto się podziało). Nie w komentarzach tamtego bloga, bo za dużo tego (spamowanie jest niewskazane). Nie będę się rozwodzić w czym dla mnie rzecz tkwi. Kto spostrzeże o co chodzi, ten będzie oświecony ; o) Wpis daję na poziom I, gdyż poziom 0 mógłby niektórym sugerować, że chcę powielać wpis, kraść temat itd. Po prostu naszła mnie ochota na to, co i tak miałam zrobić, a że przypomniało mi się to przed chwilką, to umieszczam to teraz:

Szukać Boga:

  • w złym miejscu (w kościołach zamiast w swoim sercu):

- Czego szukasz?
- Zgubiłem obrączkę.
Pomogę szukać - myślę. Po chwili:
- Gdzie ją zgubiłeś?
- W domu.
- O rany! To czemu szukamy jej na trawniku?
- Dlatego, że tutaj jest więcej światła.

  • za bardzo licząc, że coś lub ktoś (inni) nam w tym pomoże (pomogą):

- Czy Kościół nam pomaga w odnalezieniu Boga?
- Nikt nie może nam w tym pomóc.
- Dlaczego?
- Dlatego, że nikt nie może pomóc rybom w odnalezieniu oceanu, albo widzi, albo nie.

  • w niewłaściwy sposób:

- Zamiast szukać Boga – rzekł – po prostu patrzcie. Wtedy wszystko się wam objawi.
- Ale jak? Przecież patrzymy?
- Tak, tylko za każdym razem, kiedy tak patrzycie na cokolwiek, spróbujcie dostrzec tylko to, co jest, i nic innego.
- Nic z tego nie kumam.
- Dla przykładu, kiedy spoglądacie na niebo, starajcie się widzieć jedynie niebo i nic nadto.
- No, ale... hmm... cóż innego oprócz nieba można zobaczyć, kiedy się na nie spogląda?
- Człowiek głodny mógłby widzieć na niebie ciasteczka w kształcie gwiazdeczek. A plastyk – piękne figury.

A jeśli się nie potrafi znaleźć Boga to lepiej w ogóle go nie szukać, tylko żyć, a wtedy on sam się objawi. Inna sprawa, że każdy inaczej rozumie Boga. Dla mnie On jest wszędzie. Gdziekolwiek się nie spojrzę. A niebo to tylko niebo. Bo czymże jest niebo, jeżeli do tego co widzimy niczego więcej nie dopiszemy? Aż niebem i niczym więcej. To właśnie mój Bóg. Bóg jest prawdą. Zdaję sobie jednak sprawę, że niekoniecznie prawdę znam/poznam.

Dodaj komentarz

Lew Tołstoj i chrześcijaństwo


    Podczas studiowania utworów Lwa Tołstoja nie da się przeoczyć jego pragnienia wiary w Absolut. Zresztą podobnie miała się sprawa wiary u Dostojewskiego. Tołstoj starał się pokonać nawiedzę. Kiedy ukończył osiemnaście lat zaprzestał wierzyć w to co mu wpojono w dzieciństwie (nie tylko w kwestii religii). W sposób roztropny i bez pośpiechu (interacja bywa dobra) dochodził do niestety ale smutnej konkluzji, którą zawarł w swoich dziełach. Uznał, że istota ludzka to tylko przypadek i być może błąd natury.

    Tenże sam autor takich powieści jak „Zmartwychwstanie” czy nawet „Wojna i pokój” stwierdził, że musiało dojść do pewnego rodzaju wypaczenia zasad ewangelist. i to przez sam Kościół, który zresztą głosi co innego niż głosiła doktryna Jezusa. Jego sądy na ten temat doprowadziły do sporu z Kościołem. Można zadawać pytania typu: „Skąd znał sens nauki Chrystusa?”. Skrzętne studiowanie teologii, również w języku greckim i hebrajskim (specjalnie się ich wyuczył) przekonały go, iż oficjalna religia chrześcijańska ma tak naprawdę niewiele wspólnego z czystą doktryną ewangeliczną. Wychodzi na to, iż Kościół rok po roku, wiek po wieku poddawał się słabostkom ludzi zatem i swoim przywarom. Często funkcjonariuszami Kościoła zostawali ludzie, którzy kierowali się amoralnymi pobudkami. To właśnie na podstawie własnych badań Lew rozpoczął kwestionowanie danych dogmatów kościelnych. Uważał, że naiwnością jest sądzić, iż Bóg to jakaś osoba. Według niego to raczej Zasada Duchowa. Czymże jest ta zasada? To zasada rządząca światem natury. W jego opinii Jezus nie był żadnym bogiem, lecz Człowiekiem z wielkiej litery „C”, albowiem wybitnie, najbardziej wyraziście ukazał jak jest najlepiej żyć. Za błazeńskie oraz niszczące ludzką godność uznał idee łaski boskiej, zmartwychwstania, nieba i piekła itd. Wedle przekonań Tołstoja Jezus faktycznie umarł za Prawdę, ale nie za rodzaj ludzki. Bardziej chciał pokazać rodzajowi ludzkiemu czym jest ta Prawda. Prawda o tym jak najlepiej jest żyć by wszyscy byli szczęśliwi. Odkupienie to jeden z tych dogmatów kościelnych, które w największym stopniu są mylne i szkodliwe. Wiara to nie nadzieja, że jest życie po śmierci, ale to siła życia. Pisarz rosyjski  również był zdania, iż królestwa bożego nie trzeba szukać gdzieś daleko, w zaświatach, gdyż jest ono tutaj, w nas samych. To my sami jesteśmy źródłem swoich własnych nieszczęść. Należy tylko zmienić się wewnętrznie, zmienić nasze życie.

    Któż z praktykujących chrześcijan nie zna Kazania na Górze? Zna ich wielu ludzi. Kto ze znawców ewangelii zaprzeczy, że ma w nauce Jezusa podstawowe znaczenie? W końcu uchodzi za „kodeks moralności chrześcijańskiej”. Co z tego wszystkiego wynika? Tylko tyle, że nieliczni życiowi „kamikadze” zadali sobie trud, aby postępować w myśl wskazanych zasad. Natomiast ogół chrześcijan (duchowych i świeckich)... wiadomo co zrobił. Tak było, jest i najprawdopodobniej będzie.
    Jezus ostrzegał dwunastu swoich uczniów, aby mieli się „na baczności przed ludźmi”. Najprawdopodobniej dobrze sobie zdawał sprawę, że jego naśladowcy nie będą mieli łatwego życia. W świecie społecznym bardziej się liczą, niestety, potrzeby i interesy niż ideały. Ludzie wrażliwi i dobrzy choć czasami podziwiani przez bliźnich, to jednak rzadko odnosili sukcesy. Pozostawała im wtedy nadzieja na wieczną nagrodę w niebie. Taką nadzieją żyła też większość dotkniętych przez zły los i cierpiących niesprawiedliwie. Mało który człowiek żył zgodnie z nauczaniem Jezusa. Zwykle człowiek stosował się do Prawdy, ale nie żył tak, aby jego życie szło ku Prawdzie. W końcu co z tego, że Kościół niby zna te Prawdy skoro nigdy nie będzie uczniem Jezusa, tak jak ja nigdy nie zostałam studentką chemii choć przecież znałam wyniki (odpowiedzi) zadań, gdyż znajdowały się na ostatnich kartkach podręcznika.

    O co dokładnie mogło chodzić takim pisarzom jak Tołstoj i Dostojewski? Podać przykłady? Myślę że w dużym stopniu moje (patrz kategoria → Ku szczęściu) i ich poglądy są zgodne ze sobą.
    „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16, 26). Człowiek sam sobie wyimaginował świat w którym dom, dobrze płatna praca i kasa to coś co umożliwia drogę do szczęścia. Z każdą walką o to by to mieć i tego nie stracić człowiek ten musi się uporać z obawami, lękami. Kiedy uda mu się coś osiągnąć czuje radość, zachwyt, ale jest to krótkotrwałe, bo za chwilę znowu się coś dzieje w jego życiu, co uniemożliwia mu cieszenie się tym co już ma. Zatem może zyskać wszystko, ale na swoim jestestwie straci. Natomiast człowiek, który żyje wedle nauki Chrystusa i niczego nie pożąda nie ma tego problemu. Ma to ma, nie ma to nie ma i nie przywiązuje się do niczego, ani z niczego nie rezygnuje. W człowieku takim pojawia się czysty ogląd, widzi świat jakim jest faktycznie. Nie czuje, że jest szczęśliwy, on po prostu nim jest.
    „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). Człowiek powinien być wolny od niepokojów, stresu (nie mowa o stresie związanym z przetrwaniem). Ktoś z Waszej rodziny znalazł taką osobę? Ludzie to stworzenia ufające założeniom, które z kolei narzucone zostały przez pewne prawidła. Tradycja, społeczeństwo, religia, kultura, obyczaje – dajemy się temu wszystkiemu kierować by być szczęśliwymi, a w rezultacie czynimy z siebie jeszcze większych nieszczęśników. Gdy nie osiągniemy „szczęścia” jakie narzuca nam zbiorowość ludzka, gdy odstajemy od niej, winią nas za to i sami winimy siebie, a powinniśmy ich i nasze zaprogramowane idee, jakie nie sposób było nie wynieść chociażby z dzieciństwa. Dlatego nie zobaczy Prawdy ten, kto będzie słuchał (ich oprogramowania) ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr i (swojego) samego siebie.
    „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Małe dzieci nie są wolne od stresu. Potrzebują takich podstawowych rzeczy jak pokarm, ciepło. Jednak nic ponad sprawy potrzebne do przetrwania nie jest im potrzebne, albowiem wszystko inne jest najzwyczajniej w świecie im obce, oczywiście są wolne i szczęśliwe do momentu, kiedy nie poznają tego, co narzuca oprogramowanie. Nie mają wyobrażeń o wielkim domu, szybkich samochodach. Dopiero kiedy zaczynają poznawać kulturę w której są wychowywane przez otoczenie w tym i rodziców, jak również inne dzieci, które już w tym tkwią zaczynają być nieszczęśliwymi, bo są już nastawiane, by chcieć więcej i zmierzać ku temu.

    Cokolwiek by myśleć o Jezusie, jakkolwiek byśmy chcieli ocenić tego człowieka na nasz sposób rozumowania i spostrzegania pamiętajmy, że jest to niezgodne z naukami Chrystusa. Zatem faktycznie, część ludzkości jego idealność przyjmuje „na wiarę”, a tylko nieliczni faktycznie dostrzegają jego wybitność. Inni zaś twierdzą, że był zwykłym człowiekiem, jeżeli w ogóle istniał.

    Na koniec proponuję przypomnieć sobie utwór „Odbudowanie Piekła” L. Tołstoja z tym, że Belzebuba z diabełkami w odróżnieniu od samego Lwa można uznać za tę niepożądaną stronę ludzkości. Nie trzeba od razu uważać go za zbuntowanego, czy czyniącego na przekór aniołka. To przecież sami ludzie robią sobie na przekór, po co w to mieszać nadprzyrodzone moce?

Dodaj komentarz

Kobiety - co i dlaczego z tą płcią jest nie tak?


Być może w dalekiej przeszłości to kobiety osiągały sukcesy, wygrywały z mężczyznami, były całkowicie sobą. Wówczas nie istniały bariery seksualne, tryb życia człowieka to wędrowniczy, wolny od stresu, lęku, histerii, chęci bycia kimś ponad resztę i to za wszelką cenę.

Jak wszystko także i to uległo zmianie. Silniejsza płeć zauważyła swoją sprawność i moc fizyczną, dostrzegła, że może to wykorzystać przeciwko kobietom. Zaczęto maltretować kobiety, co spowodowało wszczęcie buntu. Amazonki odcinały jedną z piersi by móc lepiej posłużyć się bronią. Robiły to także córkom, natomiast u synów powodowały zwichnięcie bioder i kolan. Jak się można domyśleć, chodziło o to, aby nie byli zdolni walczyć.

Wcześniej najwyższą władzę posiadała Afrodyta, później Demeter. Ta druga zezwoliła mężczyznom współżyć z kobietami, dzięki czemu powstało małżeństwo, jak również rolnictwo i religia. Nie było najgorzej. Wówczas mężczyźni i kobiety byli równi sobie, zgadzali się w większości sprawach i to mimo różniącej ich budowy ciała (czy też jak kto woli także umysłu). Wszystko zniszczyła płeć męska, a mianowicie bóg Dionizos, któremu nie szło niczego odmówić. Był czas prawa ojcowskiego. Kobiety zachwycone tym bogiem ie zdawały sobie sprawy do czego dojdzie. Dzisiaj powrót do okresu w którym rządzi macierzyństwo wielu osobom wydaje się być powróceniem do zwierzęcej, mocnej seksualności i brakiem jakiegokolwiek prawa. Jeżeli nawet tak wyglądałby świat to czy byłoby to takie złe? Człowiek wędrowałby tu i tam, poznawał partnera/rkę, spędził z nim/nią trochę czasu i zdecydował czy potomstwo z nim/nią będzie silne. Jeśli tak to nie niemowlak lecz już wyrośnięte dziecko miałoby wokół pełno zieleni, owoców i warzyw i nie musiałoby się martwić co jutro włożyć do garnka. Jeżeli nie chciał odsuwał się i szedł dalej. Seks wcale nie musiałby być uprawiany w celach przyjemnościowych (w końcu mamy rozum), lecz po prostu byłby po to, aby się rozmnażać. Człowiek byłby tak zajęty światem, że nie myślałby „seks, seks, seks”. Dziś człowiek bardziej czyta o świecie, kiedyś bardziej żył w tym świecie – taka subtelna różnica.

Niestety ciężko jest poniektórym zrozumieć, że najbardziej unieszczęśliwia nas kultura i religia. Zatem fizyczna dominacja choć prymitywna do pewnego czasu jest skuteczna. Jednak zawsze była możność, iż gdy chłop będzie odpoczywał, spał kobita zrobi mu krzywdę, albo że znajdzie sobie jeszcze silniejszego, który da mu wycisk. Mężczyźni nie potrafili podporządkować sobie drugiej osoby w kategoriach psychologicznych, a przecież taka zależność jest skuteczniejsza o tyle, iż dłużej trwająca. W końcu jednak zaczęli się tego uczyć. Stopniowo wmawiano kobietom, że są gorszym gatunkiem, bo tak chciała natura i bogowie. Skłaniano je ku znoszeniu tego stanu rzeczy wytrwale, bez opierania się i awantur. Mówiono również, iż kobiety unieszczęśliwiają mężczyzn. Jest w tym tyle prawdy co w stwierdzeniu, że mężczyźni unieszczęśliwiają kobiety. Oczywiście mowa jest o kobietach, więc nie sposób pominąć ich demonstracji, takich jak histeria czy anoreksja. Mężczyźni jednak zdawali się nie widzieć cierpienia kobiet.

Tak też nie tyle Adam co Ewa była tą co źle postąpiła. W końcu to ta historia miała znaczny wpływ i nadal ma na stosunki męsko – damskie. Napisałam „ma”, bowiem gdzieś w nas jest to zakorzenione (nie u każdego). To przez kobietę teraz pokutujemy, bowiem to ona zapoczątkowała grzech. W całej tej żydowskiej literaturze, kobieta to własność mężczyzny. Jej zadanie to dom i milczenie. Nierządnice to zło. Kobiety bezpłodne nie były do niczego potrzebne. Związki małżeńskie wyglądały inaczej niż u nas. Najpierw była modna poligamia, potem monogamia. Kobiety nie miały prawa do rozwodu, za to mężczyźni mogli się rozwieść zawsze. Kobieta po ślubie musiała także być posłuszna rodzinie w której się wychowała, tak też istniał problem z lojalnością. Przez to żony stawały się kłótliwe i głupie. Konkubiny (dziś można powiedzieć kochanki) przynosiły ukojenie żonom, bowiem to na kochanki spadały ciosy jakie wymierzali mężowie. Bywało, iż kobiety zaczęły darzyć nienawiścią swoich synów.

Z Marii Magdaleny najprzód zrobiono prostytutkę, a później osobę zmieniającą się na lepsze. W końcu oczyszczono jej imię z wszelkich podejrzeń jakie wcześniej miały miejsce. Z Maryi zrobiono dziewicę w ciąży, bo inaczej wstrzemięźliwość seksualna nie byłaby cnotą, a przyjemność seksualna złem. Inaczej człowiek z całą kwestią seksualności nie potrafił sobie poradzić. Tak też zrodziła się moda na ciała dziewic. Zwykle kobieta to brama do piekieł. Grubaśne kobiety są obrzydliwe, zapewne w niebie takich nie ma. A tak w ogóle czego chce kobieta? My – mężczyźni nigdy nie zrozumiemy kobiet. Feminizm to jakaś paranoja.
Komentując danego osobnika rodzaju żeńskiego warto jednak pamiętać, że kobieta znacznie się różni od pierwszych kobiet, dzisiaj jest taka jaką stworzyli mężczyźni. Nie chodzi o spisek mężczyzn czy to, iż kobieta żyjąca według tego co uznali za stosowne faceci jest gorsza niż byłaby, gdyby żyła od początku w wolnym od tych spraw świecie. Chodzi jedynie o to, że po prostu tak się już składa, że to płeć męska (silniejsza fizycznie) rządziła światem.

Jeszcze kwestia kobiet i Jezusa
Za cudzołóstwo żony nie było mowy o żadnym rozwodzie, bowiem po prostu ją kamieniowano. Jezus dopuścił rozwód. Rozmawiał z kobietami nie wstydząc się tego, a nawet pozwalał im towarzyszyć. Dobrze potraktował kobietę, która namaściła jego stopy. Nie uważał kobiet za gorszą kategorię. Odnoszę wrażenie, że dla niego każdy mógł dojść do jego Prawdy (ją zobaczyć) i to bez względu na swoje położenie w społeczeństwie.

Ps. Za ewentualne błędy przepraszam, jestem wykończona sytuacją życiową kilku osób.

10 komentarzy

Adam i Ewa – koniec niewinności, konsekwencja nadmiernego chcenia


Tradycja grecko – rzymska w odróżnieniu od judeochrześcijańskiej nie posiadała potężnego wpływu na kwestie związane z postrzeganiem i określaniem kobiet. Obyczaje judeochrześcijańskie zespala Biblia, która to dostarcza multum przypadków właściwych i niestosownych postępowań kobiet. Problem w tym, że Pismo Święte tworzone było i redagowane w ciągu ponad tysiąca lat. Tak też nie ukazuje się nam koherentny schemat kobiety. Ponadto w ciągu dalszych wielu lat duchowni (mężczyźni) podsuwali niemało myśli na temat interpretacji biblijnych wypowiedzi na temat płci pięknej, myśli które wielokrotnie się wzajemnie wykluczały.

Stary Testament jest niczym księga mężczyzn w której to kobiety pełnią jedynie funkcję pomocy i jeśli miały jakiekolwiek znaczenie to wyłącznie w okolicznościach podejmowanych przez męską część ludzkości przedsięwzięć. Jakby na to nie patrzeć jest to zestaw tekstów napisanych przez płeć męską należącą do społeczeństwa w którym dominują mężczyźni. Nawet Bóg jest rodzaju męskiego. Pierwszym człowiekiem był Adam. Żywił się roślinnością. Zaczął się nudzić, w końcu ileż czasu można być pępkiem świata (nie mówiąc już, że skoro nie miał matki zatem pępowina nie miała miejsca, a co za tym idzie brakowało mu pępka)? Nie miał wspomnień dotyczących dzieciństwa, matki, ojca. Nie mógł żyć przeszłością. Nie miał się o co martwić, zatem nie musiał żyć zamartwiając się na przyszłość. Nudziło mu się, bo nie potrafił tego docenić. Potem były zwierzęta, które i tak mu się znudziły, a dopiero później, kiedy nastała już noc Adam zapragnął czegoś więcej i wtedy została stworzona Ewa. Już tutaj można zaobserwować brak niewinności. Jednak nie u Ewy, lecz u Adama. Adam „chciał”, co nie powinno mieć miejsca. Jeśli się coś chce, a się nie otrzyma to szczęśliwym się raczej nie jest, tak samo gdy się coś otrzyma co nie jest takie jakie się chce, aby było lub przynoszące szkodę.

Każdy ma swoje poglądy czyli „oprogramowanie”. Większość z nich zdobywamy nie przez samo doświadczenie, lecz przez ich wpojenie przez innych ludzi. Niestety, czy chcemy czy nie robią to z nami religie, obyczaje, a nawet nauka itd. Nic nie poradzimy na to, że zbiorowość ludzka tak się zaprogramowała, aby dążyć do chwilowej przyjemności. Ażeby osiągnąć coś trzeba tego chcieć. Rzeczą zwykłą jest to, iż człowiek chce jeść, by przetrwać, ale wszystko ponad to co służy do życia jest nam zbędne i chęć ich posiadania jest już chciwością. Sama chęć nas unieszczęśliwia. Adam nie był szczęśliwy, skoro chciał czegoś więcej niż było mu potrzebne do życia. Jego problem tkwił w tym, iż nie potrafił cieszyć się tym co miał. Najwidoczniej nie przeżywał kontemplacji, nie cieszył się dniem, chwilą. Wybrał krótszą drogę, ale gorszą. Lepiej mu jednak byłoby żyć samotnie. Zatem chęć dała mu chwilową przyjemność, a w zamian odebrała mu szczęście.


Wszystko w tym co napisałam się zgadza i mogłoby mieć miejsce, ale jedno mnie zastanawia. To był pierwszy człowiek, który niby nie żył w zbiorowości i nie powinien w ogóle być w ten sposób zaprogramowany. Rozumiem biologię, miał prawo mieć fizjologiczne potrzeby (jeść, pić, wydalić to z siebie itp.). Jednak według mnie nie powinien wiedzieć, że może czegoś więcej chcieć, a co już chcieć. Z tego wynika, że albo Adam był zaledwie jednym z pierwszych (mógł być np. milionowym), albo symbolem pierwszego człowieka jaki sobie wymyślili ludzie już żyjący ze sobą we wspólnocie. Ewentualnie jest jeszcze trzecie wyjście. Faktycznie był pierwszym człowiekiem, a Bóg najpierw stworzył zaprogramowane dzieło tak by chciało więcej, aby później nie chciało niczego więcej, co nie oznacza by nie posiadało. W końcu to nie np. pieniądze czynią z człowieka potwora, lecz on sam pragnąc mieć, walcząc o to by je mieć i robiąc wszystko by je nie stracić. Dlaczego to robi? Dlatego, że chce!

Powszechnie uważa się, iż chodziło o owoc, a ja myślę, że owoc mógł być efektem chcenia, a emigracja z Edenu była dalszą, choć brutalniejszą konsekwencją. To tak jak nastolatka chcąca iść na imprezę. Jej błędem jest, że chce, czego efektem jest to, że okłamuje rodziców bojąc się, iż się nie zgodzą. Okłamanie to konsekwencja chcenia i strachu. Dopiero dalszym wynikiem jest np. niemożność oglądania telewizji. Zatem nawet nie Ewa chcąca spróbować zakazanego owocu rozpoczęła koniec niewinności. Pierwszy krok wykonał Adam. Może nie jest on tak od razu dostrzegalny, co nie zmienia faktu, iż jest. Po co chciał? Tak jak chciał tak miał. Jeśli tak mocno chciał to tak mu zostało dane. Chciwość nigdy nie popłacała, niszczyła nie tylko ludzi wokół, ale przede wszystkim samego pożądliwego. Konsekwencja zachłanności.

10 komentarzy

Wyobrażenie o miejscu po śmierci i o szatanie


Dzisiaj funkcjonuje wiele znanych powiedzeń, wyrażeń, a nawet istnieją przysłowia związane z piekłem, szatanem. Przykładami są chociażby:

  • postać z piekła rodem;
  • z babą to i diabeł nie wygra;
  • diabeł tkwi w szczegółach.


Sama nazwa szatana (hebrajski czasownik „satan”) znaczy tyle co „buntować się”, „utrudniać”. Przeważnie używano tego wyrazu by określić nim postępowanie kogoś kto albo oskarżał, albo wywoływał u innych jakieś zmiany życiowe będące poza przyjętymi normami. W końcu postanowiono, iż słowo to będzie oznaczało działania aniołów, które służą Bogu, a jednocześnie gmatwają życie ludziom.

Natomiast rzeczownik oznaczał anioła, który słuchał Boga a symultanicznie wywoływał wśród śmiertelników różne utrudnienia, tym samym testując ich wiarę i dobro.
Z hebrajskiego na język grecki słowo to tłumaczy się jako „satanás”, czyli „przeciwnik” oraz „diábolos” czyli „oszczerca”. Bywało, że przeciwności jakie tworzył szatan były dla ludzi korzystne, przykłady chociażby (Lb 22, 33). Czy były one pozytywne czy negatywne zawsze szatanem rządził Bóg. Wobec tego kiedy i dlaczego wyobrażenie o szatanie uległo zmianie? W Księdze Zachariasza ponad 500 r. p.n.e. sprzeciwił się wyborowi Jozuego na arcykapłana, ale to nie był ten moment. Już wcześniej miało miejsce pewne wydarzenie. W poprawionej wersji opowieści (Księga Samuela) to właśnie szatan należycie wprawił Dawida, by przeprowadził spis ludzi Izraela. Czy jednak szatan w wyobrażeniach ludzi istniał zawsze?

Piekło to coś kuriozalnego, tak dziwacznego, że chcąc na nie wskazać schylamy się. Jednak po chwili zastanawiamy się, gdzie jest ono, skoro Ziemia kręci się nie tylko wokół swojej osi ale także wokół słońca. „Dół” zamienia się w „górę”. Najczęściej jednak bezkrytycznie przyjmujemy, że miejsce piekła jest głęboko pod ziemią (zapewne niżej od magmy), a samo piekło kojarzy się nam z niewymowną siłą zła, bólem, cierpieniem, a nawet z ogniem, smrodem siarki i smołą. Nawet współcześnie np. podczas pożarów, powodzi i innych klęsk słyszy się teksty pokroju: „co za piekło”, „gorąco jak w piekle”, „krzyczały, cierpiały, niczym w piekle”, „depresja to piekło na Ziemi”.
Czy zawsze było piekło? Otóż wprzódy wierzono, iż wszyscy żyjący po śmierci znajdą się w podziemnym świecie zmarłych. Nie było wtedy mowy o niebie znajdującym się gdzieś wysoko nad naszymi głowami, w kłębiastych chmurach, gdzie zamieszkiwałby Bóg z aniołkami śpiewającymi i grającymi muzyczkę, oraz ze świętymi i zmarłymi. Nie było również piekła, które miałoby być karą za niewłaściwe prowadzenie życia na Ziemi. Podziemny świat to świat pełen ciemności i ciszy w którym zmarli mieli się żywić (z tego co pamiętam, czytałam o tym bardzo dawno) gliną. Nikt wówczas nie myślał o tym, że można byłoby tego uniknąć. Jednak świat zbiorowości jakie tworzą ludzie jest już taki, że wszystko dzieli na dobre i złe. Właśnie dlatego Egipcjanie rozpoczęli koncesjonowanie, iż cnota to coś dobrego i jest nagradzana, przeciwnie zaś wykroczenie, które jako zło musiało być karane. To właśnie „ka” i „ba” jednostki miało znaleźć się w Sali Sprawiedliwości, by potwierdzić lub zaprzeczyć popełnienie przewinień i tam też ich bóg ogłaszał decyzję w sprawie ich właściciela. Nim jednak wyrok zapadł swoje trzy grosze wtrącał Tot – oskarżyciel. Następnie ważono serce człowieka i piórko prawdy. Serce musiało być lżejsze, bo w innym razie zmarły był pożerany przez boga – krokodyla. W dziele Homera również mamy do czynienia z ważeniem losów. Ten, który był cięższy przegrywał walkę i był strącony do Hadesu. Czym był Hades? Mroczną krainą zapełnioną błąkającymi się duszami ludzi zmarłych. Bogowie grzeszników karali za życia, po śmierci i tak każdy, czy dobry czy zły trafiał do tego samego miejsca, z tym wyjątkiem, że dla takich jak Prometeusz była przeznaczona pewna, specjalna część Hadesu.
Przewrót wprowadził grecki filozof – Platnon, wprowadzając dwa odrębne miejsca. Tak właśnie po śmierci grzesznik udawał się w złe miejsce, a nie będący grzesznikiem w dobre. Jednak doszedł do wniosku, iż są ludzie żyjący ni to dobrze, ni to źle i przedstawił trzecie miejsce, którego dzisiejszym odpowiednikiem jest czyściec.

Tak oto niektórzy okrutni mieli powód, aby ulec wewnętrznej przemianie, a inni, ci dobrzy tkwić w przekonaniu, iż dalej czyniąc dobrze, będzie im nagrodzone i nie tyle za życia, co po śmierci. To istotne, bowiem dotychczas dobrych spotykało nie tylko dobro ale i zło, a złych nie tylko zło ale i dobro. Czym więc była kara jeśli złego spotykało to co dobre? Tak też wyznaczono karę pośmiertną wiecznie trwającą, chociaż w starotestamentowej nauce teologicznej ona nie miała miejsca, a jedynie Szeol (zbiorowy grób). Według historyka J. Flawiusza esseńczycy wierzyli, iż dusze ludzi lepszych udają się do lepszego terytorium, a gorsze dusze do gorszego. Takiego stanowiska zaczęły się trzymać chrześcijańskie wspólnoty. Ważne jednak by pamiętać, iż według „Wojny żydowskiej II” (Księga II, rozdz. VIII) dobrzy stają się lepszymi i tylko mają nadzieję, że i po śmierci będą wynagrodzeni, co nie oznacza, iż będą na pewno. Może chodziło o to, że być może nie będzie żadnej nagrody po śmierci a będzie za życia? Tego się już nie dowiemy. W każdym bądź razie w czasach Chrystusa (Nowy Testament) diabeł to książę nieczystych duchów, kusiciel. Jezus natomiast określił go Belzebubem. To właśnie szatan kusił Piotra apostoła, zagrabiał słowa Boga, które były zasiane w środku ludzi (w ludzkich sercach). To właśnie on przyczynił się do zdrady jakiej dokonał Iskariota, chociaż tak naprawdę nie wiadomo czy Judasz po prostu nie wypełnił woli Jezusa, czy też Boga i być może zamiast być w piekle jest w niebie, albo po prostu jest martwy i tyle. Szatan został połączony z olbrzymim smokiem – potworem z czasów mitów, a to wszystko za sprawą Psalmu i autora Apokalipsy św. Jana, który dodatkowo przyjął, iż szatan wydostanie się z Czeluści dopiero za około tysiąc lat, po czym znowu się zbuntuje. Jeżeliby przyjąć, iż szatan w mniemaniu Jezusa to zakłamanie, obłuda zbiorowości ludzkiej, fałsz to autor ten nawet mógłby mieć rację. W całej swojej realizacji największą rzeczą jakiej dokonał szatan było ukrzyżowanie Jezusa.

Czy historię nieba i piekła można przyjąć jako twór stworzony przez nienawiść i strach wśród ludzi? Czy dzisiaj wierząc w niebo/raj i męczarnie w piekle oraz oczyszczanie się ich w miejscu zwanym czyściec (łac. purgatorium), nie spychamy problemu tak jak robili to nasi przodkowie? Może jednak lepiej zastanowić się jak przeżyć życie bez strachu, walk, obaw, ambicji za to szczęśliwie niczym w królestwie niebieskim? Może zastanówmy się co dla nas mogą oznaczać fragmenty „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego” (Mk 10, 25) czy też „Nawracajcie się, albowiem blisko jest królestwo niebieskie” (Mt 4,17). Przede wszystkim jednak zastanówmy się nad jednym podstawowym fragmentem: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,3).

Dodaj komentarz

Sąsiedzka rozmowa o... Najwyższym


Dziewczyna do sąsiadki, która lubi plotkować i każdego dnia (latem na balkonie, w inne pory roku w domu) odprawia swoje modlitwy trzymając różaniec:
-Dzień dobry!
-A co Ty dziewczę nie chodzisz do kościoła? Nie widzę żebyś tam chodziła. Kiedy pójdziesz?

-A kiedy pani przestanie wspierać się na Bogu i stanie na własnych nogach?
-Dziecko, co Ty tam wiesz. Bóg to Ojciec.
-Zatem pójdę do kościoła, gdy nauczy się pani, że ojciec nie jest po to by się na nim opierać.
-Tak? To kim niby jest?
-Tym, kto uwalnia panią z pani tendencji do podpierana się na kimkolwiek.
-Bluźnisz dziewczę, lepiej idź do spowiedzi. Ksiądz Ci dobrze poradzi. On już tam wie najlepiej.

I "dziewczę" (kobieta na oko w okolicach 25 lat) sobie poszło tam, gdzie miało sobie pójść.

2 komentarze

Sposób widzenia


- O co chodzi w tej całej kontemplacji?
- Chodzi o to żebyś patrzyła.

- No patrzę i widzę piękne zielone liście, ale nie tak kolorowe jak jesienią, kiedy to chodziłam z babcią i bawiłam się w zbieranie i suszenie takich liści. Widzę niebieskie niebo i kilka małych chmurek, nie jak w taki deszczowy dzień jak wczoraj, pamiętam jak kiedyś tak mocno zmokłam, że zachorowałam na zapalenie płuc. Widzę także dzieci bawiące się na placu, są takie niewinne, ale niektóre już sprytne. Przypomina mi się moje dzieciństwo, jak kiedyś nie wiedziałam co z czym się je, a potem to już wykorzystywałam wszystkie nadarzające się okazje, żeby kupowano mi nowe zabawki. Może kiedyś będę mieć takiego dzieciaczka. Widzisz? Widzę wiele.
- Właściwie, to nie patrzysz.
- Nie rozumiem.
- I w tym tkwi problem. Nie chodzi o zrozumienie. Tak to już jest, że aby patrzeć, musisz być tutaj, a jesteś obecna gdzie indziej.

Patrzeć, a patrzeć to różnica. Można widzieć tylko dzieci, a można dopisywać wiele innych rzeczy, a nawet wspominać, lub myśleć o przeszłości, przyszłości. Sztuką jest się patrzyć i pozostać przy tym obecnym.

Dodaj komentarz

Chęć szczęścia unieszczęśliwia


Fragment rozmowy dwóch osób:
M: Po co to czynisz? Myślisz, że przyniesie Ci to sukces?
K: Myślę, że nie.
M: Przyniesie rozczarowanie?
K: Myślę, że nie.
M: To po co to robisz?

K: Dla samego faktu tego robienia. Nie myślę o rezultatach, bo nie wyznaczam sobie żadnego celu do osiągnięcia. Nie myślę o tym i czuję się z tym dobrze.
M: Czyli liczy się to co jest teraz i nic innego?
K: Tak.
M: A czym jest Twoje szczęście?
K: Nie zastanawiam się nad tym.
M: Wyglądasz szczęśliwie. Jak więc żyjesz?
K: Żyję bez ambicji, ambicje rodzą strach, żyję bez większych pragnień, one rodzą napięcia, żyję bez większych przywiązań, one rodzą lęki, żyję bez zmartwień, one rodzą poczucie winy, żyję bez chęci bycia uznawanym za kogoś wartościowego, presja społeczeństwa rodzi choroby psychiczne, żyję bez ludzi widząc ich w całej okazałości.
M: A radość z kupna nowej rzeczy, z awansu, z fortuny, z zobaczenia niektórych rzeczy jakich wielu nie zobaczy?
K: Cóż są warte te radości, skoro za chwile znikają? Takie życie to nieszczęście z wciąż plecionymi powierzchownymi momentami przyjemności. Co zdążysz doznać ukojenia, a nawet ekstazy i zaraz doświadczasz to co ze sobą niosą.
M: A co niosą?
K: Strach przed utratą tego.
M: Niczego się nie boisz?
K: Nie.
M: A według Ciebie ludzie czego się najbardziej obawiają?
K: Nie wiem, nie zastanawiam się. Może...żyć bez ambicji i celów..? Żyć zapominając o przeszłości i nie myśląc o przyszłości. Najlepiej ich samych zapytaj.

9 komentarzy

Po prostu cudowna kontemplacja


Ongi był dzieckiem, które codziennie uczęszczało do Kościoła. Później zwał się ateistą. Ostatecznie odzyskał wiarę, ale już była ona dojrzalsza niż drzewiej. Właśnie osiągnął oświecenie, ale nie nazywał siebie mistrzem, bo wówczas nim by nie był.

Był zdania, że świat to cud, cudem jest to, iż może teraz zapalić świeczkę, odkręcić kran, położyć się pod drzewem. Dla lwiej części ludzkości nie ma nic w tym cudownego. W końcu to tylko świeczka, kran, drzewo. Fakt, drzewo pozostało drzewem, kran kranem, a świeczka świeczką. Jednak tym różni się to oświecenie, że w rzeczywistości nic nie ulega przemianie, jest tak jak było tyle, że wnętrze człowiecze wypełnia się podziwem, zdumieniem, a sam człowiek widzi wszystkie te rzeczy wyraźniej, pełniej, bowiem jest niejako bardziej oddalony od tego zatem neutralny w swojej ocenie, choć jeszcze mocniej czuje się częścią tego co go otacza. To nie przemijająca ekstaza, ani nie nadwrażliwość na piękno rodząca rozkosz estetyczną, to po prostu kontemplacja dzięki której człowiek doświadcza zdumienia. Kontemplacja wschodu słońca jest na tyle możliwa co i poszarpanego liścia, albo brudnego kamyka i jest cechą ludzi, którzy wciąż się dziwią, zwłaszcza dzieci. Takie zagłębianie się w myślach jest cudowne, samo w sobie cudem.

28 komentarzy

Ku szczęściu VI - posiadanie


    Ludzie już tak zostali ukształtowani przez system, że nie przychodzi im do głowy, że to ukształtowanie czyni z nich nieszczęśników. Bez względu na to jak się starają być szczęśliwymi i tak takimi nie są. Duża część ludzi myśli, że kluczem do wolności są pieniądze, które mogą dać człowiekowi szczęście i symultanicznie prawie ta sama część ludzi zarzeka się, iż pieniądz niszczy w człowieku uczucia wyższe. Zatem jak to jest z posiadaniem?
Czy warto poświęcać się zdobywaniu pieniędzy i posiadłości, czy raczej poświęcić się służbie ludzkości?
    Zacznijmy od tego, że pieniądze i posiadłości nie są niczym złym ani niczym dobrym. Wynaleziono je, aby ułatwiały życie. Same w sobie nie należą do tych, które unieszczęśliwiają czy uszczęśliwiają ludzkość. Pieniądz to po prostu pieniądz, a posiadłość to posiadłość i nic ponadto. Mimo tego te dobra materialne nadal stanowią jakby wartość nadrzędną i często główny, albo dość istotny cel życiowy. Człowiek często nie bacząc na uczucia i najbliższych patrzy na świat przez pryzmat posiadania, jest tak zapatrzony, że aż zawładnięty tym, co widzi poprzez takie spojrzenie, które okazuje się być narzędziem zła. W świecie tym jesteśmy zarażeni powszechnym przekonaniem o wyższości pieniądza nad prawdziwymi wartościami. Skażenie takim przeświadczeniem nie wychodzi nam na dobre. Skoro mamy obowiązkowe lektury (przyjmijmy, że chociaż połowa uczniów czyta tylko tzw. ściągi) to czemu nadal nie potrafimy rozpoznać to, co wartościowe od tego, co takie nie jest? Pieniądz jak również to, co się z nim wiąże, czyli posiadanie domu z basenem i ogródkiem, wystrzałowego wdzianka, luksusowego auta, za miastem działki z domkiem stają się być wyznacznikiem dla już sporej części ludzkości. Człowiek z czasem chce więcej, więcej i wciąż oddala granicę, aż o niej zapomina. Zarabiając na swoje własności ludzie zaniedbują to, co najbardziej istotne, czyli relacje rodzinne, przyjacielskie, międzyludzkie. Bogatsi nierzadko gardzą biedniejszymi. Ważniejsi są ci na ich poziomie, z wyższych sfer. Wyścig szczurów, dążenie do pieniędzy, które mają dać wiele rzeczy i do władzy, która pomoże żyć na wysokim poziomie, nauka po nocach i brak czasu na to, co istotniejsze – podporządkowanie pieniądzom ogranicza nasze prawdziwe szczęście.
Rezygnacja z rodziny na rzecz kariery, ciągły bieg za tym by mieć a nie być, utrata samego siebie to przeciwność szczęścia i wolności. Ciągły bieg za tym, co niby zaspokaja nasze aspiracje to chleb powszedni. To znowu wiąże się z różnego rodzaju nieprzyjemnymi doznaniami jak stres i obawy. Przepracowanie w celu zarobienia większej sumy pieniążków doprowadza do chorób. To szczęście bogaczy to złudne szczęście. Pieniądz ma wyolbrzymione znaczenie dzięki bogaczom, a jest celem i dla tych, co go nie mają. W walce o to „szczęście” zapomina się, że pozostaje on tylko odpowiednikiem za wykonaną pracę. Pieniądz w rękach człowieka, który właśnie się wzbogacił nierzadko okazał się przyrządem zła.
    Cały czas wzrasta różnica między bogatymi a biedniejszymi. W państwach bogatszych coraz mniej widoczna jest klasa średnia. Kraje rozwinięte są coraz zamożniejsze, a kraje uprzednio biedniejsze jeszcze uboższe. Znaczne pieniądze wydaje się na przeróżne rzeczy w tym i badania, naukę, aby kontrola bogatych nad biedniejszymi była jeszcze większa. Bogaci pragną mieć kulę ziemską dla siebie, zapominając, że aby oni mogli być bogaci inni muszą być biedni. Ludzie mniej zamożni często nie są świadomi jak są kontrolowani przez rzesze ludzi o lepszym statusie majątkowym. Trudno jest odbierać sobie prawo do posiadania, gdyż nikt nie jest w stanie przeżyć bez własności, chociażby posiłku, lecz popadanie w przesadyzm w traktowaniu pieniądza jako celu prowadzi jedynie do zniszczenia marzeń i szczęścia. Zaczyna się liczyć ilość zer po innej cyfrze. Nie sztuką jest mieć pieniądze, sztuką jest umieć właściwie ocenić najistotniejsze potrzeby i do nich dostosować nasze posiadanie. Niewolę można unicestwić dzięki zmianie mentalności całego społeczeństwa, świata jednostek ogólnoświatowych i wyrównanie powstałej dysproporcji.
Gdy człowiek już coś posiada wcale nie jest szczęśliwy, boi się bowiem to utracić. To do czego jest tak przywiązany wzbudza w nim lęk i niepokój, staje się źródłem nieszczęścia.
    Czy tedy pozbywać się tego, co się posiada? Wyrzekając się rezygnujemy z czegoś, a rezygnując z czegoś wiążemy się z tym czymś i jego przeciwnością. Zatem nie w tym rzecz. Raczej skłaniam się ku temu, że powinno być nam obojętne czy mamy to czy nie, czy będziemy mieć czy nie. Dzięki temu to nie będzie rządziło nami, nie zranimy się, ani nie ucieszymy sztuczną radością. Dlatego rzeczy i sprawy, których się tak mocno trzymamy powinniśmy szczególnie przeanalizować i zobaczyć je faktycznie takimi jakimi one są, a nie takimi jakimi my je widzimy.

3 komentarze

Ku szczęściu V - świętość


    Od dawien dawna nawarstwiały się w ludzkości problemy związane z egzystencją. Kłopoty te tyczyły się miejsca danego człowieka w całym tym, dość sporawym świecie, jak również dotyczyły braku możności zrealizowania zaplanowanych celów. Człowiek dzisiejszego świata jak i człowiek dawniejszych epok doświadcza cierpienia. W obliczu takiego świata niezbędni są w nim święci. Jednak nie mowa tutaj o takich, których zatwierdzi Kościół, bo jego władze o wielu ludziach nie wiedzą. Mowa natomiast o tych o których nie wiemy, że istnieją.

    Droga do świętości to droga na której chcieliby się znaleźć ci, co chcą być świętymi, a znajdują się ci, którzy o tym nie myślą. Świętość nie powinna być przedmiotem ludzkiego pożądania, bo jeśli ktoś czegoś pragnie to już świętym być nie może. Jeśli człowiek chce świętości dla siebie staje się wtedy pełnym ambicji, chciwy i próżny. Wówczas prędzej oddala się od świętości niż przybliża do niej. W średniowieczu panowało przekonanie, że człowiek pracuje na ziemi po to by zapracować sobie na raj w niebie. Przeświadczenie to przyczyniło się do zaistnienia wzorca ascety, który to był oddany Bogu i nie zważał na dobra doczesne. Nie zajmujmy się teraz tym, czy można być świętym bez Boga i czy ta Wszechobecna Istota istnieje naprawdę. Wielu ludzi, których już nie ma a obecnie uważa się za świętych umartwiało się, rezygnowało z dóbr materialnych, zabaw i życia rodzinnego. Osoby takie żyły skromnie, albowiem w ich spojrzeniu wyrzekanie się tego wszystkiego to nic innego jak zasłużenie sobie na świętość, wieczne szczęście, szczęście u Pana Boga.
    Według treści wiersza Kazimiery Iłłakiewiczówny „Opowieść małżonki świętego Aleksego” święty Aleksy to skromny, pobożny człowiek, a jego życie to pasmo wyrzeczeń i świadomie prowokowanych cierpień. Taki średniowieczny święty posiadał charakter parenezy. Skrupulatnie wykonywał zalecenia do naśladowania tego, co nazywano ideałem świętego. Asceci popadali w duże skrajności, np. św. Antoni zamieszkiwał grób, a spożywał posiłek jedynie raz dziennie i to po zachodzie słońca, natomiast św. Szymon Słupnik wyraził zgodę od swych przełożonych na przestrzeganie dość surowego postu Jezusa przebywającego na pustyni.

    Ze świętością jest podobnie jak z poświęceniem, czyli pracą i pomocą. Kiedy człowiek utożsamia siebie ze świętym ta świętość jeśli w ogóle była go opuści. Świętość to nie osiągnięcie dokonane poprzez wysiłek, lecz to łaska jaką jest samoświadomość, rozumienie otaczającego nas świata. Świadomość ta przyniesie człowiekowi świętość, lecz nie będzie on o tym wiedział, gdyż ta właściwa świętość nie jest świadoma siebie. Poza tym wtedy osoba ta nie będzie troszczyła się o takie sprawy, gdyż będzie wolna od zapędów, aspiracji, a za to będzie żyć z momentu na moment radośnie i bez obaw. Kiedy bezpieczeństwo, przyjaźń i miłość, inherencja, władza, piękno, własności i świętość przestaną dla jednostki się liczyć, wówczas osiągnie ona ten dla wielu upragniony stan. Świętość winna być tak naturalna, aby istocie ludzkiej nie przyszło do głowy to, że jest święta.

1 komentarz

Ku szczęściu IV - praca i pomoc


    Pracujemy zwykle dlatego, że musimy. Wstajemy o danej porze i szykujemy się do wykonania normy dziennej. Myślimy wówczas o sobie. Chcemy w końcu za coś żyć i zakupić sobie pewne rzeczy, które dadzą nam chwile przyjemne. Nawet kiedy pracujemy dla innych robimy to, bo tak trzeba. Czasami przyjdzie nam na myśl to, czy nasza praca okaże się przydatna. Czekamy na efekty i czyjąś radość. Dzięki temu sami czujemy się potrzebni i szczęśliwi. Satysfakcja mija szybko i ponownie nadajemy pracy nowy sens, sens który jak się później okazuje nim nie był, znowu bowiem go zmieniamy. Krążymy w tym całym bezsensie i nie potrafimy tego przerwać.

    Ileż osób z tych, które pracują robią to nie dla siebie, dla swojego awansu, nie dla ujrzenia zadowolenia innych, lecz dla samej pracy? Uczucie jakie człowiek doznaje, kiedy odnosi sukces nie jest tym samym co szczęście z wykonywania pracy. Czyż nie jest wspaniałe pracować dla samego faktu pracowania? Możliwe jest to za sprawą wybrania takiego zajęcia jakie jest odpowiednie, nieszkodliwe dla innych a jednocześnie pomocne reszcie. Być może faktycznie, praca jest najwyższą wartością człowieka, zwłaszcza gdy wykonuje ją człowiek szczęśliwy. Kto nim jest? „Szczęśliwy ten kto ukochał coś, co nie jest nim samym, zachwycił się przedsięwzięciem porywającym” T. Kotarbiński. Można umiłować sobie pracę i pracować ku pomocy innym nie myśląc o sławie, zarobku, uznaniu, satysfakcji czyli jednym słowem o zaspokojeniu pragnień i oczekiwań. Właściwa praca pochłania całą istotę osoby pracującej. Obojętne jest dla niej czy coś osiągnie czy nie, liczy się sama praca. Czy potrafisz sobie wyobrazić życie zawodowe, w którym odczuwasz radość bez jakiegokolwiek słowa aprobaty czy uznania? Czy umiesz zobaczyć w wyobraźni swoją osobę pracującą dlatego, że te czynności jakie wykonujesz pochłaniają ciebie? Czy nie chciałbyś takiej pracy w której tak jesteś zajęty tym co robisz, że nie interesuje cię sukces, sława, pensja?

    Podobnie jest z pomaganiem. Prawdziwa pomoc z naszej strony to ta której tak naprawdę nie jesteśmy świadomi. Właściwy dobry uczynek to ten o którym nie wiemy, że jest taki. Kiedy spotyka się kogoś proszącego o jakąś bułkę do zjedzenia kupuje się ją nie myśląc o tym „jakim się jest wspaniałym”, wręcza się mu pokarm nie dlatego, by widzieć jego uśmiech, czyni się to automatycznie nie czekając na podziękowanie. Najlepiej jednak, gdy temu człowiekowi pomoże się odnaleźć pracę jaką również by lubił wykonywać.
Praca i pomoc to poświęcenie się dla innych nie tracąc samemu szczęścia i nie popadając w przelotne przyjemności. To zarażanie innych szczęściem, ale będąc z dala od tych, którym się pomaga i nie wiedząc o tym co się dla nich czyni.

Dodaj komentarz

Ku szczęściu III - zdjęcie ciążącej maski


    Widząc dzieci często opisujemy je jako te niewinne istoty, a to dlatego że właśnie ta ich niewinność rzuca się nam na pierwszy plan. Kot jest kotem, kwiat kwiatem, drzewo drzewem, a dziecko dzieckiem, które tak jak reszta chce być sobą. Jednak niezdatność do łgarstwa przemija. Dorosły człowiek nie mogąc się pogodzić z tym kim w istocie jest karci potomka za to, że demaskuje faktycznie to, co ma ono na myśli i co czuje. Dlatego też ta młoda niczemu niewinna istotka ludzka ucząc się udawania zatraca swoją niewinność. Nie wie kim jest, choć czasem wydaje jej się, iż wie doskonale. Skrywając przez znaczny czas swojego życia prawdę o sobie a to przed innymi, a to czasami przed samą sobą sama się pogubiła. Ile jeszcze tej dziecinnej niewinności w niej pozostało? Czy ten dziecięcy urok minął bezpowrotnie?
    Dzieci chcą być kimś kogo znają z ekranu telewizyjnego, czasopism i opowiadań. Dołączają do tej masy, która za wszelką cenę chce być kimś kim nie jest. Jedni chcą być jak dany aktor, inni jak znany muzyk, a jeszcze inni jak jakiś uznany sportowiec. Chcą być popularni. Natomiast rzadko, które dziecko chce być a to mało znanym ogrodnikiem, a to zwyczajnym naukowcem czy też kucharzem. Już w wieku młodzieńczym człowiek pragnie osiągnąć sławę i władzę po to aby poczuć czym jest chwała i jego istotność w świecie.
    Młodzi również przestają być niewinni za sprawą dorosłych, którzy uparcie porównują ich do innych, uczą ich naśladowania autorytetów, albo chociaż uczni lepiej się uczących. Dorośli najlepiej by skopiowali za pomocą ‘ctrl’+’c’ mózg uczonego i kopię za pomocą ‘ctrl’+’v’ wkleili w swoje dziecko. Człowiek, który zdecydował się upodobnić do kogoś tak naprawdę zdradził samego siebie. To coś wyjątkowego, co nosi w sobie ten człowiek zostało przez niego wyparte i zapomniane. Nie chce tego, albowiem mogłoby być powodem wyśmiania i odrzucenia. Gdyby to ukazał ośmieliłby się ujawnić siebie i narazić na nieprzyjemności. Nie po to dostosowywał się od dzieciństwa, by teraz czekało go ośmieszenie. Zatem nadal oddaje się w imię tego, co chce. Czy nie przypomina to „córki leśnika”, która to, co wykonuje robi dla pieniędzy? Cenę jaką osobnik ten płaci za akceptowanie go przez innych to on sam.

    Społeczeństwo znacznie oddziałuje na jednostkę, która aby była tolerowana przez tą zbiorowość próbuje się w nią wtopić i być tym kim inni chcą by była. Droga do zdobycia akceptacji, to życie kreowane przez lwią część otoczenia w jakim się żyje. Bez względu na to czy ci inni to zbiorowość kulturalna, czy religijna czy jeszcze inna, człowiek należący do nich żyje zgodnie z ich normami, a wszystkie ustępstwa są krytykowane przez rzesze czuwających „przychylnych” mu znajomych. Dzieci wychowywane w takich społeczeństwach mają zakodowane, aby nie być sobą, lecz kimś kto ma dążyć do tego, co reszta. To kodowanie możemy nazwać programowaniem. Każdy ujarzmiony ma wgrane takie oprogramowanie, oprogramowanie pełne komend w jaki sposób ma funkcjonować. Oprogramowanie to można nazwać wirusem, który uniemożliwia bycie sobą. Kto dokładnie jest informatykiem, który nam to uczynił? Rodzice i społeczeństwo, a także dotychczasowe przeżycie. Czy zrobili to świadomie? W większości wypadków wirus został wgrany nieświadomie, co nie umniejsza faktu, że czyniący to ludzie pozostają winni. Niewiedza nie zwalnia od odpowiedzialności i konsekwencji. Konsekwencją jest nieszczęście właściciela oprogramowania. Jeśli któraś osoba nie żyje wedle jego żądań i przewidywań to staje się dla niego udręką, a rzeczywistym udręczeniem nie jest ona lecz to on sam i programowanie jakie w sobie nosi. Ile kobiet chce, aby ich partnerzy domyślali się o co im chodzi? Ile mężczyzn chciałoby aby kobieta była taka i taka, a sytuacja w której okazuje się być inną ich przerasta? Ile razy w życiu człowieka sprawy wymykają się spod kontroli i wtedy nawiedzają go lęki i obawy? Ile zmartwień pojawia się, kiedy przyszłość jawi się pod znakiem zapytania?
    To oprogramowanie powoduje, iż zużywa się więcej czasu, sił w celu poradzenia sobie z obawami, napięciami. Ponadto traci się jeszcze więcej energii i życia próbując zmienić otoczenie tak jak nakazuje nam to czynić wirus. Rozprzestrzeniany wirus przyjęty za normę z którym się nie walczy, lecz żyje wedle jego nakazów nie pozwala nam zobaczyć czymże jest świat bez niego, czyli bez żądz, podziwu. Nakazuje nam walczyć o swoje idee. Jeśli człowiekowi uda się wykonać jego polecenie otrzymuje chwilę radości i spokoju, po czym następne, niekończące się aż do śmierci zlecenia. Jeżeli mu się nie uda wykonać zadania czeka go irytacja, zamieszanie, a nawet obwinianie innych i samego siebie. Takie życie to nie życie lecz smętna egzystencja bezustannie polegająca na tym samym, czyli na osiąganiu tego, co nakazuje wirus, a co bezpośrednio wiąże się z łaską innych ludzi i zdarzeń.
    Pozbyć się wirusa można, lecz jest to trudne i to tym bardziej, że objął on ogrom ludzi od których w łatwy sposób można się ponownie zarazić. Gdy człowiek się nie podda i będzie chciał usunąć to negatywne oprogramowanie, ono będzie się broniło. Całkowita likwidacja może się odbyć jedynie kiedy użyjemy dobrej metody, przy użyciu właściwego antywirusa. Zaobserwuj co się dzieje z wirusem, kiedy masz znaleźć się w dość nieciekawej sytuacji, zobacz jak podpowiada byś uniknął tego wydarzenia. Poczuj te negatywne emocje i pomyśl dlaczego naprawdę one powstały. Zauważ, że to właśnie to twoje oprogramowanie chce byś się czuł tak a nie inaczej. Uświadomienie jakie szkody czyni wirus pozwala na właściwy wybór antywirusa i jak nie patrzeć to pierwszy krok do walki z nim. Potem już czeka cię antywirus, czyli pozbycie się żądzy pieniądza, sławy, chęci zaspokojenia pożądań i oczekiwań. Jeżeli zaprzestaniesz robić to, co od ciebie żąda program to staniesz się antywirusem, ochronisz siebie i wzmocnisz swoją odporność. Będziesz także wolny od oczekiwań innych ludzi i nie będziesz grał tak jak ci zagrają, bo obojętne dla ciebie będzie to, co o tobie pomyślą i powiedzą. Istotne zaś stanie się to, że jesteś sobą, wolnym od wirusów i oszustw. Zaczniesz spoglądać własnymi oczami, a nie oczkami powszechnie przyjętymi za te odpowiednie do spoglądania na świat. Nie będziesz zniewolony przez z góry przyjęte normy, definicje i wartości. Świat zobaczysz na nowo. Po czym zorientujesz się, że jesteś wolny?

    Będziesz umiał zatrzymać negatywne odczucia. Zamiast unikać niepożądanej osoby, uciekać od pewnych chwil i zdarzeń stawisz temu czoła. Wraz z uwolnieniem się od wzburzeń emocjonalnych dojrzejesz do tego by być sobą. Jeśli spotkasz daną osobę, osobę której niekoniecznie chciałeś spotkać, czułeś bowiem niepokój, miałeś w sobie obawy bądź złość, a nawet obrzydzenie, a mimo wszystko przetrwasz to spotkanie i odmówisz sobie tych nieprzyjemnych odczuć to znaczy, że ci się udało dokonać tego, co jeszcze niedawno było niemożliwe.

1 komentarz

Ku szczęściu II - ocenianie


    Ludzie uwielbiają oceniać. Ocenianie przychodzi im z łatwością. Wartościują niemalże wszystko z czym się spotykają. Przedmiot, dane wydarzenie, człowieka i jego charakter oraz zachowanie. Człowiek skłania się ku wyrażaniu swojej opinii niezależnie od tego, czy dysponuje odpowiednią wiedzą na temat tego o czym mówi, czy tematykę przedmiotu wartościowania traktuje jedynie powierzchownie. Istota ludzka skłonna jest oceniać w sposób świadomy jak również automatyczny. Ocenia bez względu na to czy to ustosunkowanie się do tegoż przedmiotu jest niezbędne, czy też niepotrzebne, a nawet krzywdzące. Smutne jest to, że częściej ludzkość wartościuje otoczenie niż faktycznie o nim rozmyśla. Wyobraźmy sobie, że ludzkość pozbawiona jest zdolności do wartościowania tego, co się wokół niej znajduje. Czy wówczas nie żyje się łatwiej i nie działa o wiele efektywniej?
    Z wartościowaniem spotykamy się wszędzie, a to ze względu na to, że ocenianie wydaje się być nieodzowne z adaptacyjnego punktu widzenia, stanowi bowiem element orientacji człowieka w jego środowisku. Poniekąd, wartościowanie dopuszcza do podziału dowolne obiekty na te dobre i złe, pozytywne i negatywne. Ponadto jest to w największym stopniu forma orientacji, której prostota stanowi tak jak o jej zaletach jak i wadach. Indywidualne znaczenie cech zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych powstałych na skutek usilnego wartościowania jest dla ludzi bardziej oczywiste niż znaczenia cech będących w wyższym stopniu neutralnymi afektywnie i to te pierwsze uporządkowanie znacząco wykształciła sobie istota ludzka. Zjawiska afektywne takie jak emocje, nastroje posiadają pewien określony kierunek. Lecz w tej chwili lepiej zastanówmy się czym w takim razie jest moralność. Z tego, co wiadomo, moralnością jest ukształtowany historycznie zbiór reguł, zasad i ocen, których zadaniem jest regulować ludzkie zachowania. Życie pełne jest zakazów, nakazów, zaleceń jak również jest w nim pewien system wartości ustanawiający co jest dobre, a co złe. Istnieje jednak subtelna różnica między moralnością, a obyczajowością. Jaka? Obyczaje stosuje się bez dogłębnej analizy, głębokiej refleksji i w sposób uporządkowany i rutynowy, natomiast moralność charakteryzuje się chwilami zamyślenia, zastanowienia i osądu w kategorii dobra i kategorii zła. Skutkiem tego myśliciele prawidłowo włączają obyczajowość do życia społecznego, ale to właśnie za sprawą moralności poszukuje się sumienia. Moralność prawna otacza normy ustanowione przez państwa, a egzekwowana jest pod groźbą kary nawet tej związanej z przemocą, a moralność religijna dla grzeszników przewiduje konsekwencje nadprzyrodzone.
    Cała wielka literatura światowa opowiada o moralności. Wzorce moralne oparte na zasadach postępowania, które kiedyś jacyś ludzie uznali za właściwe są inne w Europie a inne w Afryce, są inne teraz, a inne były przed wiekami. Zasady etyczne w dużej mierze pozostają zależne od środowiska i epoki historycznej. Wyjątek stanowią pewne uniwersalne reguły dotyczące już bardzo skrajnych przyjętych za te bardzo złe zachowań. Właściwie to książki stały się źródłem tychże ideałów, nastawień, postaw, wzorców osobowych. W każdym okresie ludzkiej egzystencji człowiek dążył do osiągnięcia perfekcji moralnej. Przykładem jest średniowiecze, gdzie istniał wzór prawego rycerza. Nie sposób jest zliczyć dzieł literackich ukazujących to, co dobre i co złe. Utwory te zawierają nauczki, morały i pewien komplet zasad etycznych. Czytelnicy Biblii podziwiają Hioba, a przeczytawszy utwory Gabrieli Zapolskiej krytykują panią Dulską. Oceniając zapominają o własnym obłudnym, zakłamanym życiu, które toczone jest wedle schematów i nie przywiązują wagi do swojej wewnętrznej sfery pełnej sprzeczności, konfliktów powstających z powodu obowiązujących norm moralnych i tego, co się pożąda.
    Dlatego też utwory zwykle nie tracą na aktualności. Kodeks praw moralnych pozostaje bezbłędnie ujawniony w całym ludzkim dorobku literackim. Wiele dzieł stanowi źródło kultury, pewien spis tego, co dobre, a co złe. Czy jednak literatura dobrze czyni? W celu przeanalizowania utworów pod kątem etycznym człowiek zmuszony jest oceniać zachowanie danego bohatera, a mając za zadanie scharakteryzować jego postać wyraża na jej temat swoją opinię. Z jednej strony literatura uczy, że nie nam oceniać innych, z drugiej zobowiązuje nas do czynienia tego. Poniekąd można się zgodzić z twierdzeniem Monteskiusza: „Jeśli reguł moralności nie nosisz w sercu, nie znajdziesz ich w książkach”, albowiem wiele osób oczytanych łamie zasady etyczne o jakich mowa w tych książkach, choć zdaje się, że dobrze je znają. Poza tym, czy dobre jest dzielenie kogoś na tego dobrego i tego złego? Przecież rośliny nie są dobre czy złe. Zwierzęta nie są złymi tylko dlatego, że polują by przeżyć. Niby jest to oczywiste, ale i tak ludzie lubią przypisywać dobre i złe role i to nie tylko sobie, ale i innym organizmom i przedmiotom: „zły pies”, „dobre ciacho”. Ludzi nie ma dobrych czy złych, oni po prostu są tacy jacy są. Jeśli popełniają zbrodnie to tylko dlatego, że nie widzą prawdy, żyją wedle przyjętych schematów i norm choć często żyją w przekonaniu, iż to, co robią sprawia, iż wcale tak nie jest. Faktycznie, człowiek który przykładowo nie przejmuje się perspektywą odsiadywania kilku dobrych lat i nadal łamie prawo może myśleć, że jest wolny bo się nie podporządkowuje temu wszystkiemu. W rzeczywistości jednak popada w drugą skrajność, zbuntowany człowiek bowiem więzi siebie w tym całym buncie, w dążeniu do przeciwności tego, co teraz jest, staje się niewolnikiem nieetyczności. Dlaczego? Właśnie dlatego się zniewolił, bo zrezygnował. Uwolnienie to nie powiedzenie „zrzekam się” czy też „rezygnuję z życia moralnego”. Wolność można określić w ten sposób: to nie przywiązywanie się do panujących zasad etycznych, czyli „przyjmuję, że zespół praw moralnych istnieje, lecz jak wszystko i on ma wady dlatego zanadto się do niego nie przywiązuję”. Nie przywiązywanie się do tych norm oznacza, że jesteśmy otwarci na nowości, jak również na to, że ktoś inny może czynić inaczej i wcale nie jest to złe. Czy kwiat, który przestał ładnie pachnieć a zaczął odstraszać jest czymś złym? Czy mały tygrysek jest dobry tylko wtedy kiedy pije mleczko od mamusi, a kiedy poluje jest już złym? Czy morderca jest zły? To nie morderstwo czyni go złym, złe są jego dążenia, pobudki, brak samoświadomości, brak decydowania o samym sobie, zniewolenie siebie. On sam jest tylko człowiekiem i nikim gorszym, ani nikim ponadto.
    Gdy tak człowiek przyjrzy się sobie, w końcu zobaczy pustkę jaką sobie wypełnił innymi ludźmi i rzeczami. W sumie wszystko to go przytłacza, ale lwia część ludzkości nie zauważa tego, bo to, co jest ciężarem kontroluje człowiecze zachowanie poprzez aprobatę lub przyganę. Dzięki kulturze, obyczajom ludzie łagodzą poczucie odosobnienia. Tak jak potrafią doprowadzić do czyjegoś uznania, tak i umieją go odrzucić stając się przyczyną jego rozpaczy. Obserwując ludzkość, często widziałam ile człowiek musi stracić czasu, sił i nerw, aby zintegrować sobie ludzi. W celu zjednywania sobie bliskich i dalszych stosuje takie metody jak pochlebianie im, nierzadko przy tym popadając w przesadyzm. Zmuszony jest żyć według prawideł, albowiem o innym życiu nie wie. Trwa zgodnie ze standardami przyjętymi przez otoczenie. Szuka ludzi, towarzystwa, pragnie przyjaznego kontaktu, miłości i pochwał natomiast obawia się wyśmiania, odepchnięcia, poczucia bezsilności i samotności. Na samą myśl działania wbrew temu, co przyjęte za słuszne, naprzeciw popularnej metodzie myślenia człowiek się przeraża i rezygnuje z tej możliwości. Zwykle wybiera drogę ku kontrolowaniu innych przez co i samego siebie. Sprawując pieczęć nad innymi sam jest przez nich pozbawiony wolności. Znajomi już tak bardzo należą do części jego życia, że nawet sama myśl o tym, że mogłoby ich zabraknąć staje się koszmarem. Uczony, że samotność jest ponurym obrazem życia czyni wszystko, aby jej nie zaznać. Wyuczył się sposobu myślenia jaki ogarnia ogół. Gdy jest np. muzykiem tworzy utwory muzyczne, ale to mu nie wystarcza, chce by poznali go inni, a żeby jego dzieło było uznane za fascynujące musi przynieść popularność, by sprowadzić konkretny pieniądz musi dobrze się sprzedawać. Człowiek ten zależny jest od innych. Nierzadko artyści uważają, że o wartości jakiegoś działania, czy też tworu nie decyduje to w jaki sposób było to wykonywane czy też ile serca w to włożono i ile radości przyniosło, lecz to, iż pozwoliło na zarobienie pieniędzy czy też na odniesienie sławy. Nie myśli o odkryciu pracy, którą dokonuje się nie z racji jej zdatności, lecz właśnie ze względu na nią samą. Co znaczy „na nią samą”? Mowa o niezależności od tego, co ona przyniesie, czy sławę, czy pieniądze, czy sukces, czy ktoś ją pozna i będzie wdzięczny. Czyż nie byłoby piękne gdyby człowiek pracował i poświęcał się czynnościom z radością, bowiem po prostu by je lubił wykonywać dla samego faktu tego robienia? Ważne, aby jednostka zastanowiła się, czy istnieją w jej życiu takie czynności i zajęcia, którym może się ot tak oddać, albowiem pochłaniają całą jej wymowę. Odnajdując takie prace, poświęcając im czas i uwagę człowiek otwiera się na szczęście, natomiast żeby je w pełni osiągnąć musi pozbyć się tego, co go więzi i jednocześnie wmawia mu, że jest nieszczęśliwy. W istocie jest taki, ale właśnie przez to zniewolenie, którego nie dostrzega. Największą radością jest praca dla niej samej, niż jak się powszechnie uważa, że dla wyniku końcowego z niej wychodzącego. Również przeciwnie do tego w co się na skalę światową twierdzi, lekiem na samotność, przyjaźń czy miłość nie jest towarzystwo innych ludzi, lecz prawda o wolności, miłości i szczęściu. Miłości nie czuje się do jakiejś wyjątkowej osoby czy też rzeczy, lecz miłością nazwać należy nastawienie, postawę miłości, gdyż to właśnie taka miłość rozprzestrzenia się na ludzkość i świat rzeczy martwych.
    Człowiek już taki jest, że próbuje unikać tego, co mu niemiłe w tym również omija osobę, którą spostrzega negatywnie. Na pytanie dlaczego to czyni, zwykle temu zaprzecza bądź tłumaczy tym, że nie chce mieć nic z nią wspólnego, ta osoba bowiem jest taka a nie inna. Nie dostrzega tego, że jedyną przyczyną dlaczego tak postępuje jest niepokój spowodowany dopominaniem się, by świat wyglądał tak jak on tego chce. Ponadto osoba o której tak a nie inaczej myśli w rzeczywistości może się znacznie różnić od tych wyobrażeń, możliwe także, że spostrzeżenia kogoś innego na jej temat różnią się od jego na tyle, iż wykluczają się wzajemnie.
    Osobnik ludzki zbyt pochopnie nabiera uprzedzeń i rozpoczyna ocenianie ludzi właśnie z punktu widzenia przesądów. Właśnie w taki sposób zaprzestaje widzieć ludzi, a zaczyna oglądać ich poprzez pewne suche definicje, przyjęte imperatywy, schematy, przez co traci prawdziwy obraz tych, których powiedzmy „obserwuje” oraz sposób logicznego, w pełni samodzielnego myślenia jak i rzecz jasna bardzo cenną wrażliwość i prawdę. Rzadko która osoba jest w stanie zerwać z tą zgnilizną opartą na przywiązaniach, schematach, żądzy zysku, a także obawach, pożądaniu, obojętności, znieczulicy co prowadzi do zaniku miłości i braku szczęścia.
    Zazwyczaj istota ludzka szuka solidarności z ludźmi, których obecność sprawia jej zadowolenie, przyjemność, a unika kontaktu z tymi, co budzą zawiść, są nieznośni i niebezpieczni. Skoro osobnik ludzki nastawiony jest przyjaźnie tylko i wyłącznie do ludzi mu miłych, tych którzy zapewniają mu to, czego on chce i od nich żąda, żyją w sposób kompatybilny do jego oczekiwań i wymagań to tak naprawdę żyje w oszustwie, oszustwie którego nie chce zdiagnozować i nazwać po imieniu. Przyjaźń czy też miłość nigdy nie powinna służyć do tajenia swojego sobkostwa, własnych pragnień i oczekiwań.

Dodaj komentarz

Ku szczęściu I - ogólnikowo


    Czym tak naprawdę jest jestestwo? Jaką rolę odgrywa dusza? Psychologia ma za zadanie zgłębić tajniki człowieczej psychiki, neurologia zajmuje się cielesnością, a filozofowie ciągle myślą na temat problematyki mózg ←→ ciało. Religia, kultura, obyczaje i związane z tym wszystkim imperatywy mają nam pokazywać jak żyć. Rządzą nami, a my nie jesteśmy tego świadomi. Zagnieżdżone są w naszych hipotezach, poglądach i wnioskach, a co gorsze i w czynach. Uwolnić się z tego wszystkiego to sprzeciwić się temu wszystkiemu i zostać samotnym.

    Co czujemy kiedy ktoś nas zachwala? Zapewne stajemy się bardziej pewniejsi siebie dzięki uczuciu, iż jesteśmy akceptowani. Gdy natomiast ktoś nas krytykuje, zwykle pojawia się w nas uczucie smutku, niekiedy rozpaczy, bowiem czujemy się odrzuceni. Są ludzie, którzy nas doceniają i są tacy u których nie mamy afirmacji. W końcu na uznanie trzeba sobie dobrze zapracować. Gorzej jeśli mamy styczność z osobą, która raz nas chwali, a raz gani za to samo. Kontrastowe odczucia i rodzące się myśli na temat takiego postępowania i osoby charakteryzującej się takim zachowaniem powodują powstanie nowych pytań i rozczarowań związanych zarówno tą osobą (jeśli w naszym mniemaniu zmieniła się na złe) jak i sobą. Dlaczego to sobą? Człowiek często z trudem przyjmuje za fakt, że mógł się pomylić co do danej osoby. Przyjmijmy jednak, że teraz mamy do czynienia z sytuacją kiedy ktoś nas ocenia dodatnio. Czy podczas tego całego zachwytu człowieka cechuje takie samo uczucie jak przy deliberacji, gdy widzi piękny górski lub morski krajobraz? Myślę, że radość radości nierówna. Drugie poruszenie bywa spontaniczne, pierwsze wywodzi się z pragnień.
    Ludzie skonstruowali świat w którym pragną mieć dobrą i pewną pracę, dość sporawy dom, rodzinę i żyć w dostatku. Co poniektórzy marzą jeszcze o karierze, sławie i innych przyjemnostkach. W końcu mają do tego prawo. Czy jednak jedynie to wszystko, co właśnie zostało wymienione stanowi źródło szczęścia, czy jest jeszcze inne? Czy to wszystko naprawdę prowadzi do prawdziwego szczęścia? Nieraz już ludzkość była świadkiem ludzi posiadających i dobrą pracę i piękny dom a jednocześnie rodzinę, sławę i uznanie, a którzy okazywali się istotami nieszczęśliwymi. Czyż nie jest tak, że istota ludzka pragnie mieć wszystko to, co daje jej chwilowe rozkosze i przyjemności, a w rezultacie traci możliwość osiągnięcia prawdziwego, stałego szczęścia? Poobserwujmy świat najpierw zieleni potem ludzi. Czy roślina czegoś pragnie? Powiedzmy, że mało prawdopodobne by coś chciała, chyba że mówimy o pragnieniu wody. Można ją określić jako wolną od lęków, obaw i przeróżnych z tym związanych napięć. Roślinka nie ma w sobie żadnych konfliktów wewnętrznych i jest sobą, nie chce być nikim innym, ani też nie zamierza robić czegokolwiek, aby czuć się akceptowaną. Szczęśliwa jest taką jaką jest i szczęściem jest to, co jest wokół niej. Przy tej roślince człowiek wydaje się być o wiele mniej szczęśliwy. Ciągła chęć przemiany, bycia kimś innym, nieprzerwane dążenie do poprawy, niezadowolenie z samego siebie – to wszystko nosi w sobie istota ludzka. Człowiek cierpi, gdy inni wokół niego są tolerowani a on nie. Odczuwa ból, gdy czegoś pragnie, ale nie może tego mieć. Kiedy coś posiądzie toczy bój o to, bowiem boi się, że to straci. Sprawia mu smutek to, że innym udaje się być tym kimś, kim on chce być. To wszystko sprawia, że rodzi się w nim frustracja, zazdrość a nawet wrogość. Zawiść to męczarnia, przez co też nie pozostaje wolny od cierpienia, jedynie oszukuje własnego siebie, że zemsta przyniesie ulgę. Ukojenie to jest nietrwałe i przynosi więcej spustoszenia w człowieku, który jest mściwy, niż radość i spokój. Mimo tego pragnie przynajmniej uchodzić, a czasami nawet być cnotliwy i poważany. My – ludzie szukamy swoich własnych ideałów, chociażby tym, że szukamy Boga. Nasze zachowania, poczynania, nasze wyzwania i wysiłki, nasze niezwykle pracowite chwile potrzebne by wypełnić plan – to wszystko składa się na nasz smętny żywot.
    Czym jest szczęście? Rozmyślań nad tym tematem jest tyle, że nie sposób jest tego wszystkiego policzyć. Pojęcie to definiują zarówno księża jak i lekarze, a także filozofowie, pisarze i artyści. Czynią to również zwykli ludzie. Wiadome jest jedno, a mianowicie to, że dążenie do szczęścia jest fenomenem powszechnym na skale światową i to niezależnym od wieku w którym się żyje. Każdy jednak szczęście pojmuje na swój sposób. Szczęście człowieka nie musi być takie jakie sobie zbiorowość ludzka wyobraża, bowiem jest indywidualną sprawą zależną od danej jednostki. Każdy człowiek ma prawo szukać na swój sposób własnego szczęścia i mieć swoje poglądy.
    Czytając piękne utwory literackie można mieć wrażenie, że to bieda, wojna, czy samotność wpływają na człowiecze nieszczęście. Jednak gdy tak się głębiej zastanowić, można zauważyć, iż powodami braku tego jak bardzo upragnionego szczęścia są niewłaściwe przekonania, które jak na nasze nieszczęście tkwią mocno zakorzenione w człowieku i to nieistotne czy przez historię, czy religię, czy kulturę i obyczaje. To wszystko przez wiele wieków mydliło ludziom oczy i tak jest również dzisiaj. Fałszywe przeświadczenia będące poglądami ogólnoświatowymi spowodowały, iż nie potrafimy dojrzeć tego, co prawdziwe i istotne, lecz to, co mamy zobaczyć. Ufamy na słowo, często rezygnujemy z rozmyślania. Nie przychodzi nam nawet na myśl to, by przez chwilę zwątpić, aby się zastanowić. Nie upatrujemy, że to, co przyjmujemy za słuszne takie wcale nie jest. Przez to źle oceniamy świat, przyjęte na wyrost poglądy, które w istocie są fałszywymi rodzą błędne myślenie i następne niepoprawne wnioski i przekonania. Wszystko przez to, że człowiek to stworzenie wierzące w już powstałe założenia narzucone przez pewne, niekoniecznie słuszne prawidła.
    Jaki zatem powinien być człowiek szczęśliwy? Spójrz w swoje wnętrze. Czy tak naprawdę nie chciałbyś żyć bez lęku, trosk, stresu? Nie znam takiej szczęśliwej osoby. Zwykle ludzie myślą o tym do czego zmierzają, czego jeszcze nie mają. Myślą o przeszłości i przyszłości, zatracając teraźniejszość. Zapominają, iż szczęścia teraz nie odnajdą w przeszłości, której już nie ma czy szukając w przyszłości, która dopiero nadejdzie. Teraz szczęście tkwi w chwili obecnej. Nic dziwnego, że człowiek nigdy nie jest szczęśliwy, skoro zawsze sądzi, iż jest ono już za nim, albo dopiero przed nim. Chcesz mi powiedzieć, że szczęście nadejdzie wówczas, kiedy coś osiągniesz, zmienisz jakąś sytuację życiową lub ludzi nas otaczających? To nie świat sprawia, że jesteśmy nieszczęśliwi, to nasze pragnienia i chęci czynią z nas takich. Spełnienie wszelkich marzeń nie uczyni z człowieka szczęściarza. Może wydać się mu, iż to szczęście, ale to tylko jego namiastka, która jest efemeryczna. Człowiek mający to, co chciał posiadać będzie czuł strach z powodu obawy utracenia tego o co tak walczył. Przemienia się wówczas w człowieka zlęknionego i nerwowego. W takim razie czym jest to szczęście do którego istota człowiecza tak zawzięcie dąży? Tak mało osób je zna, więc nic dziwnego, że wciąż pojawiają się nowe opinie na temat omawianego terminu. Poza tym szczęście wydaje się czymś, co ciężko wyjaśnić słowami czy pokazać.
    Skoro tylu ludzi dąży do tego by móc się w końcu nazwać szczęśliwymi, to dlaczego nie czynią żadnych poważniejszych starań, by zrozumieć to czego chcą, tylko wierzą w to, co publicznie się o tym sądzi? Dlaczego zamykamy się na inne drogi prowadzące do szczęścia, a podążamy tą pełną bólu, cierpienia i zakłamania, która kończy się tam gdzie krótka radość? Największą przeszkodą w osiągnięciu szczęścia jest strach przed utraceniem tego, co nam nieobce. Ludzie nie chcą zmian, a już na pewno nie chcą zmieniać swojego świata wewnętrznego pełnego przywiązań, żądz, zmartwień, czy ambicji, które jedyne do czego doprowadzają to do przemijających przyjemnostek, ulg i uniesień.
    W moim obrazie człowiek szczęśliwy to człowiek wyzwolony spod tego wszystkiego, co go więzi. Nie przywiązuje się do żadnej rzeczy, ani do żadnej osoby, a nawet do własnego życia. Nie mowa tu o wyrzekaniu się, lecz jedynie o nieprzywiązywaniu się. Jeżeli ktoś się wyrzeka to mimo, że rezygnuje staje się przywiązany. Jeżeli zrezygnuje ze światła, jest przywiązany do ciemności. Jeżeli nigdy nie przejdzie na drugą stronę ulicy będzie związany jedynie z tą stroną po której się znajduje. Osoba szczęśliwa nie szuka szczęścia, ona go po prostu nosi w sobie.
    Skoro tylu ludzi jest nieszczęśliwych, co nam przeszkadza w dostrzeżeniu czymże jest szczęście i jak je zauważyć w sobie? Paradoksalnie ludzie dążący do szczęścia za wszelką cenę są bardziej nieszczęśliwi uważając przy tym, że to przez kłopoty stanowiące przeszkodę do rzekomego szczęścia. Nie podejrzewają nawet, iż to ich myślenie jest zwodnicze, przez co jest źródłem wszelkiego ich nieszczęścia. Nieistotne czy są lekarzami, czy dozorcami, praktycznie wszyscy chorują, bowiem myślą tak jak ich zaprogramowano: historia, kultura, obyczaje i przyjęte normy, wartości przez społeczeństwo. Przyjrzyjmy się temu dokładniej. Jeżeli ktoś nie żyje według naszych oczekiwań wówczas pojawia się z naszej strony niezrozumienie, gniew, nienawiść. Nie zauważamy tego, że to nie wina tegoż człowieka lecz nasza, naszych przewidywań. Życie nie jest takie, aby nas wciąż usatysfakcjonować.

    Mówimy, że mamy rodziców, siostrę, brata, żonę, męża itd. Wciąż chcemy mieć, zamiast być przy rodzicach, siostrze, bracie lub z żoną czy mężem. Poważanie kogoś nie objawia się ograniczeniem jego wolności, lecz na pozwoleniu, aby był tym kim jest. Pragnąc by np. nas kochał nie próbujemy robić wszystko by być dla niego kimś wyjątkowym? Czy nie jest tak, że chcemy w jego życiu znaczyć wiele a nawet najwięcej? Czyż nie oczekujemy, aby ta osoba się o nas troszczyła i interesowała się nami w sposób rzadki i specyficzny? Jeżeli odpowiedzi brzmią „tak”, to znaczy, że sami chcemy być niewolnikami drugiej osoby, pragniemy by ograniczono nam wolność, niezależność, by kontrolowano nasze zachowanie przez co i nas samych. Czy ktoś kiedyś odważył się rzec do ukochanej osoby, że będzie z nią, ale jeżeli nie spełni ona jego pragnień, to przestanie być dla niego kimś wyjątkowym? Człowiek musi grać tak jak inni mu nakazują i spodziewa się, że ci, co chcą być dla niego wyjątkowi będą tańczyć w takt jego muzyki. Czyż nie lepiej doprowadzić do tego, by nasza druga połówka nie należała do nas, lecz do nikogo, niczym trawa, drzewa, chmury, gwiazdy? Tam gdzie własności nie ma wolności, tam gdzie nie ma wolności nie ma i miłości. Miłość polega na szukaniu tego, co szczęśliwe dla osoby do której żywi się to uczucie, a to poszukiwanie z kolei polega na uwolnieniu człowieka kochanego od człowieka kochającego. Inaczej nieszczęście z chwilowymi przejawami radości gotowe.

1 komentarz

Gniew


    Radzenie sobie z czyimś, a także z własnym (jeśli nie przede wszystkim z własnym) gniewem to bardzo wymagające i frustrujące wyzwanie. Gniew rodzi rozmaite emocje, raz słabsze raz mocniejsze. Sam też powstaje w wyniku pewnych emocji. Gniewu należy nie tyle unikać, ile go zrozumieć i mieć nad nim władzę, a żeby to osiągnąć należy znać przyczyny gniewu i jego konsekwencje. Człowiek, który nie potrafi wyrazić w sposób właściwy gniewu nie panuje nad sobą w wielu sytuacjach, co powoduje że cierpi, łatwo popada w konflikty, a nawet sięga po radykalne środki.


Jak sobie radzimy z gniewem?
    Ujawniony gniew jest odbierany za coś bardzo złego. Już w dzieciństwie uczeni jesteśmy przez swoich opiekunów, że nie powinniśmy przeżywać czegoś takiego jak gniew, lecz się go wyzbywać, wyrzekać, ignorować. Część rodziców nazywa swoje popadające w gniew pociechy „diabłem” czy „szatanem”. Gniew powoduje w ludziach strach przez co i obrzydzenie. Jednak ta odraza jaką czują do gniewu jest przejawem jego niezrozumienia. Gniew tak jak radość, strach, smutek czy wstręt jest podstawowym ludzkim uczuciem, którego tak naprawdę nie wyzbędziemy się do końca. Nie należy go usilnie zwalczać, udawać że go nie ma, lecz warto popracować nad swoim osobistym rozwojem radzenia sobie z nim. Ignorowanie na dłuższą metę nie popłaca, ponieważ i tak kiedyś w przyszłości stłumiony gniew znajdzie ujście i się uzewnętrzni. Wówczas kryzys gotowy. Im prędzej odnajdziemy zdrową metodę na to uczucie tym mniej niepoprawnie będziemy funkcjonować i więcej się o sobie dowiemy co też jest sporym plusem. Zatem jeśli tylko zechcemy możemy poznać siebie w pełniejszym wymiarze.

Jak wygląda zdrowy gniew w kontaktach z innymi i samym sobą?
    Refleksja nad sobą jest sprawą istotną dla odpowiedniego poznania własnej osoby i rozwoju emocjonalnego. Ważne jest zapoznanie się ze swoimi myślami, emocjami a nawet z ciałem i jego stanem zdrowotnym. Nie chodzi tu o obsesyjną atomizację wspomnień, przeżyć, która często staje się przeszkodą w działaniu lecz odwrotnie, chodzi tu o zdrową analizę pozwalającą zgłębić siebie i jeszcze to wykorzystać w dążeniu do celu. Zatem nasamprzód zbuduj dobrą relację z samym sobą, a dopiero później bierz się za kontakty z innymi.

Jak poznać to co związane jest z gniewem?
    Dobra kontrola nad gniewem to właściwe przeżywanie gniewu, tłumienie go powoduje, że tracimy więź z własnymi prawdziwymi uczuciami, opiniami i obłudnie przedstawiamy siebie sobie samym i innym. Udajemy kogoś kim naprawdę nie jesteśmy. Niestety, władanie sobą wymaga dużego pokładu czasu, cierpliwości, poświęceń i praktycznych ćwiczeń.
    Zacznijmy od tego, że każdy gniew w jaki popadamy jest inny od poprzedniego. Charakteryzuje go inny czas jego trwania, bądź jest bardziej lub mniej nasilony. Zwykle powstaje przez emocje tkwiące w nas samych i przez myśli jakie nam nie dają spokoju. Z kolei emocje i myśli to często reakcja na inne emocje związane z czymś co nie poszło po naszej myśli (chyba, że mowa o gniewie powstałym bezpośrednio, np. podczas niebezpieczeństwa co w dzisiejszym świecie należy do rzadszego zjawiska niż omawiane). Gniew nie pojawia się wtedy, kiedy widać po nas złość w danej sytuacji. On się pojawia już z chwilą takich przeżyć jak zawstydzenie, odrzucenie, zranienie itd. których nawet nie musimy być świadomi.
    Gniew mówi nam wiele o naszych oczekiwaniach i pragnieniach. Zranienie, odrzucenie itd. jest tam gdzie nie zostaliśmy zaspokojeni. Tak też podłożem powstania gniewu jest zranienie wywołane przez brak zaspokojenia. Ważne jest rozpoznanie emocji i powodów powstania niezaspokojenia, aby móc potrafić uświadomić sobie jakie mamy potrzeby i pragnienia. W końcu skoro nie zostaliśmy zaspokojeni to oznacza, że mieliśmy jakieś oczekiwania, a skoro się jeszcze gniewamy oznacza, iż te oczekiwania jeszcze mamy. Dzięki takiej analizie dojdziemy do setna sprawy, w czym tkwi problem i możemy zmienić nie tyle bieg wydarzeń, które miały miejsce, ale sposób wyrażania gniewu, dostrzec i wyeliminować wpojone nam lub wrodzone schematy zachowań, co doprowadzi nas do większej świadomości siebie i unikania nagłego i niepożądanego wybuchu tego „złego” gniewu.


Najbardziej idealna wersja, czyli tam gdzie po prostu gniewu nie ma, bo nie miał podstaw zaistnienia.




Człowiek, który wciąż tak reaguje i nic z tym nie robi podatny jest na poczucie porażki i konflikty z innymi.




Człowiek, który mimo gniewu jest jego świadom, bowiem dochodzi do pierwotnych przyczyn jego powstania i ma szansę na kontrolowanie siebie.




Nie powinniśmy pozwalać na utratę kontroli nad tym co robimy i co w nas siedzi!



Ważne, abyśmy pierwej zastanowili się czy nasze oczekiwania były realne, czy nie i dlaczego. Jeżeli do spełnienia naszych oczekiwać podchodzimy tak:

  • wszystko co chcę muszę mieć;
  • skoro jestem dobry to moje potrzeby muszą być zaspokojone, a jeśli tak się nie stanie to znaczy, że jestem zły;
  • istotne jest dla mnie to co ja chcę, reszta mnie nie interesuje, a zaspokojenie moich pragnień ma być ważniejsze od zaspokojenia innych;
  • inni powinni wiedzieć co chcę i nie muszę ich o tym powiadamiać (takie myślenie szczególnie cechuje wiele kobiet względem swoich mężczyzn);
  • jeśli mnie kocha bez słowa wie o moich potrzebach i je zawsze spełnia (takie myślenie u wielu, szczególnie kobiet w stosunku do swoich partnerów);
  • jeśli choć jedna potrzeba nie zostanie zaspokojona to znaczy, że mnie odrzucono i jestem nikim,

to nie dziwmy się, że mało naszych marzeń się spełnia. Powyższe oczekiwania to błędne założenia i błędne wnioskowanie. W skrócie oczekiwania nie do spełnienia! Bardziej realne to:

  • niektóre pragnienia bywają zaspokajane, niektóre nie;
  • niektóre potrzeby mogą zostać niezaspokojone choć byłaby możliwość ich zaspokojenia;
  • nie wszyscy muszą wiedzieć czego chcę, nikt nie czyta w czyiś myślach, warto więc o nich powiedzieć jeśli ja i ktoś (jednocześnie) tego chcemy;
  • wyjawiam moje potrzeby tak jak umiem, lecz mam świadomość, że mogę to czynić niedoskonale;
  • ludzie mnie kochający znają moje potrzeby, ale bez przesady, nie wszystkie;
  • ludzie mnie kochający nie wszystkie oczekiwania mogą spełnić, bądź chcieć spełnić;
  • czasami potrzebny jest czas, aby mogły być zaspokojone niektóre z moich potrzeb.

Oczekiwania do spełnienia są układane tak, aby nasze „Ja” nie było najważniejsze!

Warto rozpoznawać co jest realne, a co nie i to już zanim sformułujemy oczekiwania względem siebie i innych! Między niemiłymi emocjami a gniewem jest samoocena. Bywa ona postawiona „na wyrost”. Przykład: Skoro nie potrafią mnie zaakceptować oznacza to, że jestem nikim. Wtedy to pojawia się chęć obrony i wyżycie się. Ujawnia się gniew, chyba że jest mocno w nas tłumiony. Tutaj wskazany jest dialog ze swoim wnętrzem. Jak to zrobić?

Przykład pary na emeryturze (legenda: M – mężczyzna, K – kobieta, B – obsługa w banku):

DOM

M: Słuchaj, gdybyś umarła te pieniądze w banku przepadną, a szkoda by je bank przejął ot tak za darmo. Może upoważnij mnie w razie czego, a ja w takiej sytuacji bym mógł je wyjąć bez problemów, a bank nic nie dostanie.
K: W razie czego? Czemu nie. Pojedziemy do banku i się wszystkiego dowiemy.

BANK

K: Czy mogę upoważnić męża do moich pieniędzy w razie mojej śmierci?
B: Tak, lecz będzie miał dostęp do konta również teraz.
K: To ja się jeszcze zastanowię.
M wściekły wyszedł z banku, sam wrócił do domu i nie odzywał się do K przez wiele dni, bowiem się gniewał. Uważał, że żona przyniosła mu wstyd i pokazała go w złym świetle. Nie widział jednak tego, że już w domu popełniono błąd. Nie wytłumaczył dokładnie żonie z czym się wiąże to co proponował, czyli że chodzi mu o upoważnienie do konta nawet za jej życia. Przecież staruszka nie musiała wiedzieć w czym rzecz!

Nieprzemyślany dialog wewnętrzny M:

OCZEKIWANIE NIE-ZASPOKOJENIE EMOCJE OCENA SIEBIE GNIEW KONFLIKT
upoważnienie + brak upoważnienia i zastanowienie + wstyd w banku, bo mi nie ufa + ma mnie za (wyszedłem na) kłamcę, złodzieja + obrona, uraza = milczenie



Dialog wewnętrzny jaki M musiał przejść, by poznać siebie:

GNIEW KONFLIKT ANALIZA EMOCJI ANALIZA NIE-ZASPOKOJENIA ANALIZA OCZEKIWAŃ SZANSA NA OPANOWANIE
obrona, uraza - milczenie - czemu myślę, że wyszedłem na złodzieja, czemu niby miałaby mi nie ufać? - bo w banku nie poszło tak jak chciałem, a musiało pójść? - to, że mnie nie upoważniła nie oznacza, że nie ufa, nie jestem najważniejszy = wcale nie musiała zrobić tak jak tego chciałem, nie wszystkie potrzeby mogą być spełnione i to nagle


Jak widać na przykładzie M gniew można zrozumieć i można go ogarnąć. Skoro M doszedł do wniosku, że nie wszystkie oczekiwania muszą być spełnione, a na niektóre potrzeba czasu, postanowił odezwać się do K. Poznał to co nim kierowało za niego. Zachowywał się jak robot, który z góry miał do wykonania to i owo. Wewnętrzny, przemyślany dialog pomógł mu opanować to uczucie jakim jest gniew, mieć nad nim i sobą kontrolę. Mówiąc K co odczuwał doszli do porozumienia jakim okazało się spisanie testamentu u notariusza. Wystarczyło chcieć przeanalizować swoje: oczekiwania, emocje, samoocenę, myśli i gniew, by móc zbudować dobrą relację i … coś zdziałać.
    W innym razie nie doszliby do konsensusu i albo gniewaliby się po dzień dzisiejszy, albo z czasem udawaliby, że gniewu nie było i wszystko jest w porządku. W obu przypadkach byłby to fałszywy obraz i niezdrowa relacja, która wcześniej czy później znowu by wybuchła, chociażby przy kłótni w innej kwestii, nawet o błahostkę.

Z gniewem można sobie poradzić tylko trzeba dobrze siebie poznać.
Dodaj komentarz

Odnaleźć środek


    Dla żydów najbardziej istotnymi w Biblii wersami są „Słuchaj Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (Pwt 6,4-5). Natomiast dla chrześcijan ważniejszy jest wers: „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,23).

Tak jak widoczne są różnice między wyznaniami i ich celami, np. dla wierzących żydów najważniejsze jest „być dla Boga”, kiedy to dla chrześcijan najistotniejsza jest kwestia „życia wiecznego”, tak również istnieją różnice wśród innych dziedzin życia. Wiele z tych różności wywodzi się przez błędne interpretacje, błędne wnioski, błędne hipotezy, błędne rozwiązania.


    William Black (1757 – 1827):
Obaj czytaliśmy Biblię dnie i noce całe,
Coś ty jako czarne, ja odczytałem białe”.
Cytat z „Wieczna Ewangelia”, Wrocław 1998 str. 87


Każdy widzi rzeczywistość na swój sposób i błędem jest uznawanie, że tylko my mamy słuszność.

    Sprawa dotycząca tego Jedynego nie jest prosta i nastręcza wielu problemów zarówno wśród wierzących w niego jak i ateistów. Wierzący twierdzą, że Bóg stworzył człowieka, niewierzący są zdania, iż to człowiek stworzył Boga.

Bóg jest – Boga nie ma.
Dwie przeciwstawne opinie...


Udowodnij mi, iż Bóg istnieje – Udowodnij mi, że Boga nie ma.
...dwie skrajności i …


Brak dowodów na istnienie Boga, zatem go nie ma – Brak dowodów na to, że Go nie ma, więc jest.
...zero dowodów na „istnienie” czy „nieistnienie”.


Tutaj ludzkie „argumenty” opierają się na błędnym wnioskowaniu. Choć nie ma na coś dowodów nie oznacza, że tego nie ma i odwrotnie, to iż brak przeciw czemuś dowodów nie oznacza, iż to jest. Jedni popadają w jedną skrajność, drudzy w drugą.

    Skoro każdy rozumie np. Pismo Święte na swój sposób, nie ma się co dziwić, że jest tyle odmiennych zdań nawet wśród samych wierzących. Co jeszcze ciekawsze zwykle ludzie o Biblii mało wiedzą, znaczna część chrześcijan nawet jej nie przeczytała (a się wypowiadają na jej temat). Do tego jeszcze dochodzi fakt, iż Biblia nie jest łatwą księgą. Nic zatem dziwnego, że ludzkość się w tym wszystkim pogubiła. Ludzie istotnie, nie wiedzą jak naprawdę należałoby się zachować, aby wypełniać to co zostało zawarte w Piśmie Świętym. Czy picie alkoholu to zło? Czy Bóg wysłuchuje nas, skoro w praktyce i tak nigdy nie odpowiada na nasze modlitwy? Czy seks z osobą tej samej płci to grzech? Czy stosowanie środków antykoncepcyjnych przybliża nas do piekła?
Grupy religijne mają w tych i innych sprawach odmienne opinie. Weźmy chociaż kwestię alkoholu. Biblia alkohol przyrównuje do zła (jad jaki ma żmija), a jednocześnie do napoju, który budzi w ludziach i Bogu radość. Tak właśnie jedni wierzą w zło alkoholu, inni w jego dobro. Gdzie prawda? Najlepiej zapytać się już niepijącego alkoholika. Trunki są wspaniałe, ale do czasu. Wszystko ma swoje granice, jeśli się którąś przekroczy zaczyna być źle. Tak jest z pojmowaniem, tak jest i z piciem. Nie trzeba się wystrzegać napojów wyskokowych, lecz przeginanie w drugą stronę zawiedzie nas w zło i zamiast pić napój radości będziemy pić jad (truciznę). Istnieje wiele odłamów chrześcijańskich i tak np. katolicy piją siódmego dnia alkohol, a adwentyści z niego rezygnują. Jedna Biblia i dwa różniące się poglądy. Wszystko to przez jej interpretację, a raczej dążenie do jednej skrajności.

    Jednak to nie same księgi nauczyły ludzkość myślenia kategoriami TAK lub NIE. To sami ludzie (zdaje się, że od samego początku zaistnienia człowieka) chcą mieć wyłożone co TAK a co NIE. W tym wszystkim zagubiło się własne myślenie i nie popadanie w jedną lub drugą ostateczną możliwość. Nie zawsze odpowiedź brzmi TAK lub NIE. Często odpowiedź leży gdzieś pomiędzy i nie jest ani BIAŁA, ani CZARNA. Rozpoczęło się od wierzeń (jeśli nie wcześniej), a obecnie kończy się na nauce i paranauce. Większość ludzi to drugie określenie ma za nic, pierwsze natomiast za wszystko. Ponownie mamy do czynienia z TAK i NIE, z Białym i Czarnym. Paranauka to też nauka świata i nieraz już dzięki niej coś udowodniono lub czemuś zaprzeczono i staje się wówczas nauką. Bardzo ładnie o tym napisał Adam „dunder” i polecam zapoznanie się z jego wpisem dostępnym pod linkiem: http://blog.dunder.pl/2008/11/10/naiwnosc-a-poznawanie-swiata
Naukowcy także wierzą, wierzą w naukę. Bez wiary nie próbowaliby, bez prób nie tworzyliby nauki. Czasami jednak zdaje się, że zapomnieli, iż nauka już po wielokroć dowiodła, iż nie ma rzeczy niemożliwych. Naukowcy zaczęli patrzeć skrajnie. Zwykle są zdania, że tylko rozum czy nasze zmysły stworzone są do pojmowania świata i tylko one są do tego przydatne. Wśród naukowców również pojawia się skrajność, która tym razem ich samych dzieli. Zazwyczaj naukowiec uważa, że oceniać obiektywnie świat może tylko dziedzina, którą on się zajmuje i przy badaniach eliminuje badania z innych specjalizacji. Rzecz jasna nie dzieje się tak zawsze, ale jest to dość częste zjawisko. Zamknięci na resztę często osiągają sukcesy ze sporym opóźnieniem, a wiele okazji przechodzi obok nich, bo po prostu są niewykorzystane. Poza tym naukowcy nie tylko różnych zakresów, ale i tych samych nie chcą między sobą dzielić się swoimi spostrzeżeniami i odkryciami, bowiem często zamiast postępować w imię dobra nauki, postępują tak, aby zasłużyć sobie na sławę, zapisanie się w historię bądź po prostu z uwagi na chęć posiadania pieniędzy. To wszystko hamuje rozwój. Historia ukazuje głupotę ludzką i wiele zła, lecz my wciąż nie potrafimy się na jej podstawie zmienić. Ludzkość nie uczy się na własnych błędach.

    Niegdyś księża leczyli chorych i długo minęło, aż medycyna mogła przejąć tę rolę. Gdy jednak zabrała się za leczenie i w medycynie ludzkość często popada w skrajności. Dzisiaj zwykle leczy się trucizną – antybiotykiem, nawet w najdrobniejszych przeziębieniach, przez co uodparnia się nie nas tylko naszego wroga. Doszło do tego, iż niektórym już mocne antybiotyki nie pomagają, a ludzie ubierają się już we wrześniu w kurteczki, tylko dlatego bo wrzesień i jesień bądź dlatego, że lekko wieje wiaterek. Bardzo ładnie tę tematykę przedstawił na swoim blogu Bartek „elwis”, a link do tego wpisu to: http://elwis.jogger.pl/2008/11/17/jak-zrobic-ludziom-z-mozgu-gowno/
    Tak właśnie obecni nauczyciele, uczniowie ślepo wierzą w to co się ich uczy. Bez braku chęci poznania czegoś więcej niż jednej skrajności uważają się za uczonych i mądrych. W szkołach nie uczą logicznego myślenia, oni narzucają nam jak powinniśmy myśleć, a tym samym zwalczają kreatywność. Masz inną interpretację wiersza? Nie przejdzie. Masz inne sposoby rozwiązania zadania? Chociaż byś miał ten sam wynik, a rozwiązanie krótsze i lepsze to MEN i tak nie zaliczy ci tego zadania na maturze. Musisz rozwiązać zadanie tak, jak to ustalono i koniec. Nieszablonowym ludziom mówi się NIE.
    Uczeni w dzisiejszym szkolnictwie i nie tylko w szkolnictwie to jak pół uczeni, ale są jeszcze tacy co szukają dalej. Są krytykowani, często są samoukami bez „stosów uczelnianych papirusów”. Ich interesuje praktyka. Nierzadko szukają czegoś pomiędzy BIAŁYM i CZARNYM, pomiędzy TAK, a NIE. Nie idą bezkrytycznie za masą ludzi. Niezrozumiani przez dzisiejszy i chyba nie tylko dzisiejszy świat nie popadają w skrajności. Obserwują ludzkość i zdaje się, iż widzą … więcej.


    Do napisania tegoż tematu inspirowało mnie samo życie i obserwacja, lecz aby umieścić ten tekst akurat teraz zmusiły, a raczej zmotywowały mnie niedawno powstałe wpisy do których linki podałam wyżej, oraz a może szczególnie blog osoby „tux” zwłaszcza po wpisie o Internecie, którego link znajduje się tutaj: http://tux.jogger.pl/2008/11/14/gadu-gadu-jabber-internet/

Dodaj komentarz

Analiza wiersza "Przepaść" Tadeusza Różewicza


Przepaść
Różewicz Tadeusz

Babcia w czarnych sukniach
w drucianych okularach
z laseczką
stawia stopę
nad przepaścią krawężnika cofa
rozgląda się bojaźliwie
choć nie widać śladu samochodu
Podbiega do niej chłopczyk
bierze za rękę
i przeprowadza
przez otchłań ulicy
na drugi brzeg
Rozstępują się
straszliwe ciemności
nagromadzone nad światem
przez złych ludzi
kiedy w sercu
małego chłopca
świeci iskierka
miłości

Na pierwszy rzut oka wyłania się tytuł utworu „Przepaść”. Na wstępnym etapie czytania tekstu zarysowuje się w naszej wyobraźni starsza pani ubrana w czerń, która nosi druciane okulary i podpiera się laską. Taki obraz babci sugeruje, iż kobieta ta posiada wadę wzroku, porusza się z trudem, a dodatkowo może być w żałobie. Pragnie ona przejść na drugą stronę ulicy, lecz lęka się wejścia na jezdnię, mimo że nie widać żadnego nadjeżdżającego auta. Strach przed posunięciem się w przód jest wynikiem pojawienia się czegoś takiego jak „przepaść krawężnikowa”. Bohaterka obawia się możliwe, że wypadku samochodowego.

Druga część wiersza ukazuje chłopca, który podbiega do zlęknionej osoby i przeprowadza ją przez ulicę, pomagając przy tym w pokonaniu przez starszą panią przeszkody. Kobieta właśnie dzięki młodzieńcowi pokonała „otchłań ulicy”, z którą wygrać właściwie można jedynie za pomocą drugiego człowieka.

Trzecia część przybliża nam efekt działania młodego człowieka. Po krzywdach, jakie doznała omawiana postać, znalazł się ktoś, kto przyniósł jej pomoc, ukazał serce. Być może za słowami: „straszliwe ciemności nagromadzone nad światem przez złych ludzi” chowają się krzywdy, jakich doznała sama staruszka, możliwe też, iż jest to niesprawiedliwość wyrządzana ludziom, przyrodzie przez osoby skażone złem. Starsza kobieta przypuszczalnie żyje wspomnieniami związanymi z okupacją, pożogami wojennymi, albo wypadkiem samochodowym. Możliwe, iż ma na nią wpływ dana koincydencja, albo być może jest to po prostu przyzwyczajenie się do znieczulicy społecznej, albowiem nikt aż do tej chwili nie pomógł jej, nikt nie ustąpił miejsca w komunikacji miejskiej, nie pomógł dźwigać torbę z zakupami. Ta „iskierka miłości” przyszła wraz z pomocą, jaką wreszcie otrzymała i symbolizuje dobry akt chłopca, bądź nawet aktywne uczynki organizacji charytatywnych jak Czerwony Krzyż.

Zatem w każdej części wiersza mamy ważną metaforę. Pierwszą jest „przepaść krawężnika” będąca w wierszu jezdnią, choć wcale nie musi nią być. Drugą metaforą jest „otchłań ulicy” będąca złem mogącym prowadzić nawet do śmierci. Świecąca „iskierka miłości” w naszym życiu to nic innego jak nieobojętność na losy drugiego człowieka, chęć pomocy drugiej osobie. Dzięki takiemu postępowaniu wobec potrzebującej pomocy osoby tworzymy w niej wiarę w drugiego człowieka.

Istnieje możność interpretowania wiersza na wiele sposobów. Wedle jednej z nich bezdennym miejscem, przed którym babcina się cofa, może być ogrom czegoś przykrego, bolesnego, groźnego co spotyka ją wśród ludzi, a ulicą jest tłum nieznanych jej osób. Prawdopodobnie boi się obcych jej istot ludzkich, nie wie bowiem jaka siła kieruje danym człowiekiem. Iskierką miłości może być znak pozwalający jej mieć nadzieję na miłość do tych ludzi albo jest nią siła miłości w tym wypadku rządząca młodą osobą. Iskierka ta pojawiła się wraz z otrzymaniem od chłopca miłości w postaci troski i pomocy. Choć miłość ta nie zastąpi miłości pełnej (wszystkich ludzi) jest wystarczająca, by móc dalej przezwyciężać „otchłań”, gdyż babcia ma już świadomość, iż są jeszcze dobrzy ludzie, dzięki czemu ludzkość nie jest jednoznacznie skazana na zagładę, a będący w potrzebie na całkowitą izolację. To od nas zależy, ilu ludziom pomożemy i czy zaczną przebrzmiewać ciemności, a w ich miejsce nastanie jasność nagromadzona nad naszym światem dzięki dobrym ludziom.

Wiersz ukazuje odcienie życia, a mianowicie im bliżej końca utworu, tym przybiera on bardziej barwną formę. Przepaść krawężnika, czyli bardzo głębokie miejsce umieszczone za krawężnikiem, innymi słowy za przedmiotem oddzielającym obszar bezpieczny od niebezpiecznego ukazuje nam strach, śmierć, obawę, zagrożenie, pesymizm, które przedstawiają się czarną barwą. Otchłań ulicy, czyli miejsce cierpienia, przerażenia, niepewności, pustki, osamotnienia, bezradności, bezsilności, znieczulicy społecznej okazać możemy w bardzo ciemnych, zimnych kolorach. Świecącą iskierkę miłości dającą radość, wybawienie, ulgę, czyli dostrzegalny promyk nadziei dotyczący miłości bliźniego, wiary i dobra ukazać można w kilku ciepłych kolorach, np. w żółtym (iskra, promyk, słońce), w pomarańczowym (promyk, słońce), w zielonym (kolor życia), w czerwonym (miłość).

Kliknij, aby powiększyć

Gdyby zilustrować omawiany utwór, zapewne wyszłaby ta sama liczba najważniejszych obrazów, co liczba najistotniejszych części wiersza, czyli trzy. Namalowalibyśmy:

  • obraz babci (jej wygląd) i podłużny prostokątny blok kamienny bądź betonowy oddzielający chodnik od jezdni;
  • pejzaż głównej, dość szerokiej ulicy, przez którą przechodzi staruszka wraz z pomagającym jej chłopcem;
  • słońce wychodzące zza ciemnych chmur bądź serce lub płomyk (świeczka).


Nie muszę zastanawiać się, dlaczego utwór nosi tytuł „Przepaść”, myślę tylko nad tym, czy istnieje szansa znalezienia innego, lecz równie trafnego. Przepaść to miejsce o opadających stromo ścianach górskich, głęboka rozpadlina, urwisko, czyli miejsce, którego nie sposób jest pokonać. Skoro taką dzielącą ludzi przepaścią jest ludzka bierność, to symbolem przepaści w tym wierszu jest właśnie ulica. Zatem wszystko odnosi się do przepaści między ludźmi. Istnieje ona zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Tylko dzięki miłości przepaść tą można pokonać.
Jak widać, przepaść pasuje w każdej z tych sytuacji, czy przyjmiemy wiersz dosłownie, czy zinterpretujemy go inaczej zawsze pasującym tytułem będzie obecny.

Pułapki dnia codziennego czekają na każdego człowieka. W końcu nie ma osoby, która nigdy nie potrzebowała czyjejś ręki. Nie jesteśmy sami na świecie. Jest wiele różnych chorób, fobii. Osobiście od dziecka boję się rzezimieszków (Scelerophibia), ponadto choruję na Agirofobię i Demofobię. Fobie te uwidaczniają się zwłaszcza, teraz gdy boję się nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o syna. Wychodzę z domu, podchodzę do krawężnika i ściskam mocno Krystianka, aby mi się nie wyrwał. Sama słyszę bicie swojego serca i oglądam się po kilka razy w celu upewnienia się, iż nic nie jedzie. Kiedy nagle pojawia się auto, staram się jak najszybciej znaleźć po drugiej stronie ulicy, a nie życia. Zawsze idę po tej stronie, od której nadjeżdżają samochody, aby w razie czego, móc popchnąć synka do przodu ratując go, albo by pojazd na mnie się zatrzymał. Wiem jednak, iż to jest niewystarczające i zawsze istnieje zagrożenie. Przekraczam ulice ze strachem, gdy inni potrafią śmiało iść naprzód wedle wskazań świetlnych. W licznym gronie jest mi łatwiej przekraczać przeszkodę. To, co dla zdrowych jest łatwą sprawą i błahym problemem, nawet nie przeszkodą, dla innych jest nie lada wyzwaniem. Ktoś chorujący wcale nie musi być niezdatny do życia, gdyż w innych sprawach może okazać się silniejszym i lepszym. Naprawdę nawet jeden gest, jedno dobre słowo, jeden czyn, jedna mała pomoc dla drugiego człowieka może być czymś bardzo istotnym, dającym mu wiele radości, wiarę w przyszłość swoją i innych ludzi będących w podobnych kłopotach. Warto iść potrzebującemu w sukurs. Nie warto myśleć, iż staniemy się jak donkiszot. Wystarczy, że pomożemy choć jednej osobie. Gdyby takiej wiary, nadziei, miłości zabrakło, ludzkość nie mogłaby działać i iść dalej. Marazm wówczas poszedłby na karb wszystkich bezczynnie przyglądających się, biernych obserwatorów. Kwietyzm jest złem i niszczy ludzkie działania. Z inercji jeszcze nie powstała żadna dobra rzecz, natomiast z trójrytmu wytworzyło się wszystko to, co miłe dla naszej duszy. Winniśmy więc walczyć nie tylko o przestrzeganie zasad koegzystencji, ale i o umiejętność burzenia dzielącej nas przepaści, czy jak kto woli muru.

Jeśli podajesz pomocną dłoń, możesz być kontent z siebie, a inni dumni z Ciebie : o)

Dodaj komentarz

Analistyczny pejzaż jednej z najwyższych sił rządzących istotą rozumną


 Działania ludzkości można rzec, iż są rozumne, wolne, zatem skutecznie celowe. Jednak jest to dość ogólnikowe rozumienie tematu funkcjonowania istoty rozumnej i nie mnie w tej pracy go atomizować. Jednakże ludzkie działanie posiada własne trzy najistotniejsze wartości (przynajmniej tak przyjęło się sądzić). Ten charakterystyczny dla ludzkości trójrytm przewija się zarówno w literaturze jak i sztuce oraz w życiu samych ludzi niczym leitmotiv. Czym jest trójrytm?

Nim określamy jednocześnie: wiarę, nadzieję i miłość. Człowiek zawsze w coś wierzy, nawet będąc ateistą, czy apostatą można wierzyć chociażby w słuszność swoich racji. Poniekąd nauka możliwa jest dzięki wierze. Naukowcy wierzą, że można jeszcze coś odkryć, wprowadzić innowacje, wierzą w to co robią, w rzeczywistość jaką przekazują ludzkości zmysły i ufają, iż nauka jest przyjazna człowiekowi. Bez wiary istniałaby niemożność działania w tym i poznania ludzkiego oraz doskonalenia siebie. Natomiast nadzieja daje nam szansę na obdarzanie zaufaniem drugiego człowieka, a tak wyglądające stosunki międzyludzkie, czyli takie działanie implikuje kolejne posunięcia. Dobre kontakty między ludźmi były inicjalne i są punktem wyjścia dla dalszych działań człowieka. Miłość jest trzecią kwestią ludzkiego działania i o niej przyjdzie mi rozmyślać. Kto wie, może „przelewając” myśli na twardy dysk napiszę „opasłą” pracę? Myślę, że nie będzie tak źle i praca ta nie stanie się zbyt długą formą mojej pisemnej wypowiedzi, ani nie przerodzi się w nudzącą, bowiem od osób ze mną przebywających wiem, iż raczej nie mantyczę.
Na wstępie muszę przyznać, iż przez wielkie pragnienie, które zrodziło się we mnie wraz z chwilą, kiedy dowiedziałam się, że przyjdzie mi opracowywać akurat ten temat, pierwej dokładniej przyjrzę się tytułowemu wyrazowi i ludziom, którzy widzieli w niej coś ponad przeciętnego. Czym jest miłość i czy możliwe jest jej precyzyjne zdefiniowanie? Jakkolwiek byśmy ją wyjaśnili, uniwersalna definicja napisana ręką człowieka nie przekaże tego czym jest to uczucie, czy jak to zwał Adam Mickiewicz to „czucie”. Jednoznaczne określenie pojęcia tej wartości jest niemożliwe, bowiem miłość odczuwa się czysto osobiście choć zwykle występuje między dwoma osobami. Zważywszy na fakt, iż każdy inaczej postrzega miłość pojawia się kolejne pytanie, tym razem o sens pisania tejże pracy. Tyle materiałów jak książki, periodyki obrały sobie za cel wyjaśnić ludzkości czym jest to uczucie, a nawet jak z nim postępować. Jednak im więcej takich form przekazu i im dłużej człowiek je „napotyka” tym bardziej zostaje zniechęcony do poznawania czym faktycznie jest ta miłość. W moim wewnętrznym przekonaniu warto ponownie podjąć ten temat i nawet jeśli nie odnajdzie się w nim niczego innego, niczego co by już nie było odkryte, to można to uczynić dla samego filozofowania.

 Język grecki to jedyny z najbogatszych języków tego świata i z pewnością nie mam zamiaru być kontestacyjna wobec opinii, że jest niedościgniony w wyrażaniu różnych spraw znaczeniowych, co więcej uważam, iż właśnie dlatego jedno pojęcie ma pewien zespół słów wyrażających w nim pewne różnice, które można nazwać różnymi odcieniami znaczeniowymi. W omawianym języku istnieją, aż cztery określenia tytułowego słowa: Agape, Eros, Filia Storze. Istnieje również piąte określenie jakim jest Philia (łac. Amicitia) będąca miłością wolną od seksu i zmysłowości, przyjacielską i wierną, ale nie będę w tej chwili jej rozważać. Eros i Eran miały za zadanie określać miłość męsko – damską, jak również żarliwy patriotyzm i hiperboliczną ambicję. Grzegorz z Nazjansu był zdania, że eros to nic innego jak ogromne pożądanie, którego nie sposób jest uniknąć, czy powstrzymać. Z kolei Storze i Stergein to miłość rodzinna; wyrazy stosowano w celu określenia uczucia ludzi do swojego przywódcy, opiekuna, rodziciela jak również rodziców do dzieci. Filia i Filein używano aby określić spoglądanie na drugą osobę „szklanymi oczami”, w kontekście czułego wzroku, czułego spojrzenia, jak również chcąc wyrazić uczucie przyjacielskie do tak bliskiej osoby jak żona czy mąż. Filein rozumiano różnie, jako „całować”, „pieścić”, zaś w Nowym Testamencie oznaczało rodzicielską miłość ojca i matki. Słowo to zostało zawarte także po to, aby nazwać uczucie jakie Jezus żywił do Łazarza i swoich uczniów. Agape natomiast nie wywodzi się z klasycznej greki i wyraz ten określał miłość fizyczną, przeciwieństwo nienawiści jak i również w Księdze Mądrości agape wyrażało miłość Boga, oraz umiłowanie mądrości. Omawiane słowo w języku polskim oznacza „miłość”, zaś wywodzący się z agape Agapan oznacza „czule powitać” i określa miłość do takich rzeczy jak pieniądze, biżuteria, czyli do przedmiotów materialnych będących w naszym świecie dla bogaczy. Jednak agapan stosowano również w celu wyrażania swojego zadowolenia z zaistniałej sytuacji. Poruszając chrześcijańską miłość agape należy napomnieć, że omawiane czucie to nie tylko spontaniczne emocje, ale i moc dzięki której jesteśmy w stanie kochać nawet nieprzyjaciół, przeto wrogom tym za zło jesteśmy w stanie odpłacać dobrem. Będąc chrześcijaninem niezależnie od tego, co uczyni mi mój bliźni, nie winnam i nie zamierzam się mścić szukając kontrataku, zemsty, jedynie będę poszukiwała jego najwyższego dobra.
W języku angielskim czy polskim w przeciwieństwie do greckiego występuje tylko jedno określenie tego uczucia. W języku polskim wyraz ten to „miłość” i już miałam okazję wymienić go wielokrotnie. A. Bańkowski w „Etymologicznym Słowniku Języka Polskiego” wyjaśnia, że forma „miłość” pochodzi od słowiańskiego słowa „miły”, który oznacza „godny litości”. Wynika z tego, iż w formie pierwotnej „miłość” oznacza „litość”, „miłosierdzie”, „łaskę”, „przychylność” (por. Wasza Miłość). W XV w. pojawiło się jednak znaczenie ogólne tego wyniosłego uczucia i jest nim słowo Amor. Czym jednak jest miłość, która ma różne oblicza? Czy wszystkie te formy miłości w końcu są jednością, czy może dzielące je różnorodności po prostu określamy jednym słowem? Zdaniem Ratzingera Boża miłość to i eros i agape, choć w Piśmie Świętym agape służy jedynie do definiowania miłości Boga do ludu. Benedykt XVI uważa zatem, iż „miłość jest światłem – w gruncie rzeczy jedynym – które zawsze na nowo rozprasza mroki ciemnego świata i daje nam odwagę do życia i działania”.

 Nie byłabym sobą gdybym i w tym temacie nie zajrzała do wyszukiwarki internetowej w celu poszukania informacji o tej (dla wielu) najwyższej wartości człowieka. Choć uważam, iż Wikipedia nie jest najlepszym źródłem wiedzy to w tej pracy skorzystam z jej definicji z której wynika, że miłość to „złożone, trudne do zdefiniowania zjawisko, często utożsamiane z uczuciem, które przejawia się w relacji do drugiej osoby (lub obiektu), połączonej z silnym pragnieniem stałego obcowania z nią, czemu może towarzyszyć pociąg fizyczny do osoby będącej obiektem uczucia. Zwykle jest okazywana przez próby uszczęśliwiania kochanej osoby”. W tym momencie czuję znaczną potrzebę przyjrzenia się jeszcze bliżej omawianej tematyce.
Dość znaczna część ludzkości sądzi, iż w określonym bądź nie miejscu żyje ich druga połowa, która jest im przeznaczona i nie chcą nawet myśleć, że związek mógłby się udać z wieloma innymi ludźmi w obecności których dobrze by się czuli. Nie insynuuję, iż jest to twierdzenie niedorzeczne, bowiem istnieje taka możliwość, że jest w tym pewna doza prawdy jeśli nawet nie jest ona całkowita, lecz warto także poświęcić czas innym myślom na to jakże piękne zagadnienie. Przykładem innego spojrzenia na ten temat jest sama literatura i filozofia, a dokładniej dzieła ukazujące chociażby miłość niespełnioną, bez wzajemności. Przyglądając się przykładowo epoce romantyzmu widzimy, iż epoka ta nie ukazywała dojrzałej miłości, lecz skupiała się na wartości samego doświadczenia miłości i to niezależnie od tego czy dzięki niej życie będzie szczęśliwe, czy doprowadzi do zguby. Wraz z tą epoką nastąpiło rozłączenie szczęścia z miłością, przeto zabieg ten zdaje się nie być projektem etyki in plus, lecz tylko pomysłem na rozważania. Miłość wedle tej epoki to nie tylko emocje wynikające z głębi ludzi, czy przeżycia psychologiczne, nie jest nią również uczucie stanowiące jedynie cel w sobie, lecz przez uczucie jest w stanie odbierać znaki z innej rzeczywistości, rzeczywistości wyższej, duchowej. Dzięki takiej miłości do innych, człowiek ma możność zasmakować życia lepszego, które znają jedynie niektórzy, bowiem ta imponderabilia jest ezoteryczna. Wybrani to ci, którzy przez swoje wielkie czyny, sztukę obcującą z absolutem zasłużyli na poznanie niezwykłego świata. Zatem lepiej doznać tego uczucia, choćby będąc nieszczęśliwym, niż w ogóle nie móc jej poznać. W romantyzmie miłość nie musiała łączyć się z przypieczętowaniem jej stosunkiem płciowym, za to kojarzyła się z tęsknotą do uczucia najdoskonalszego, której przedmiotem często była miłość osoby niebędącej w zasięgu ręki, przykładowo utracona bądź nawet nieistniejąca w naszym świecie.

 Jeżeli nawet mamy do czynienia z człowiekiem kochającym i integralnym, z miłością odwzajemnioną to nie oznacza od razu, iż mamy rozwiązany problem tegoż czucia. Primo loco przypomnę miłość jaką opisał Chateaubriand; choć była ona niewinna to jednak pełna grzechu, gdyż miłość bohaterów „Renego” była kazirodcza i pokrzyżowała im przyszłość. Tak zobrazowana miłość nawet w dzisiejszych czasach jest sprzeczna z imperatywem, prawem naszego kraju i prawem boskim. Temat pięknego, ale diabelnego odczucia podejmował również Słowacki, który problematykę takiego typu miłości połączył z filozofią genezyjską. Wedle wielu romantyków miłość kazirodcza niegdyś, bo w starożytności była uczuciem całkowicie naturalnym, co sugerował Byron. Uważam jednak, że miłość między rodzeństwem jest wskazana, lecz niekoniecznie winna przybierać postać tej z którą mamy do czynienia w małżeństwie. W dzisiejszych czasach powszechnie wiadomym jest, iż owoce z takiej rzekomej miłości mogą nie tylko być chore i to na całe życie, ale również mogą szybko zakończyć swój bieg w męczarniach, albo nawet się nie narodzić.
Czy jednak miłość między odmienną płcią zawsze istniała? Otóż nie, gdyż stosunek do kobiet ulegał zmianie i zależny był od Kościoła, który przez wieki miał znaczny wpływ na istniejące prawo na całym świecie. W latach w których potęga i znaczenie Kościoła powiększało się, wrogi stosunek do kobiet był coraz bardziej dostrzegalny. Erazm twierdził, że „nauki tak nie pasują do kobiety, jak siodło do wołu”. Najbardziej jednak wrogość ta przejawiała się za czasów św. Augustyna i Tomasza z Akwinu. Negatywny stosunek kościoła do kobiet nie uległ drastycznej zmianie i widoczny jest również w czasach w którym przyszło nam żyć. Obserwując historię zauważamy jak Klemens XI zakazał śpiewania kobietom w budynkach kościelnych, teatrze, operze, co było powodem kastracji chłopców, by ich ton śpiewu był na miarę sopranu i altu. Jan Paweł II w liście pasterskim oświadczył, że niezgodne by było z wolą Boga, aby kobieta miała szansę otrzymać święcenia kapłańskie. Nie przekonały mnie uzasadnienia tychże podjętych decyzji. W obliczu takiego traktowania kobiet nietaktowne byłoby uznać, iż zawsze kochano kobiety, bo przecież aby można było mówić o miłości musiałyby zaistnieć m. in. szacunek, akceptacja.
Z pewnością miłość nie opiera się jedynie na akceptacji i szacunku, gdyż same te pojęcia nie oznaczają jeszcze miłości. Akceptacja i szacunek to tylko jedna z podstaw omawianego uczucia. Wielu nie zdaje sobie sprawy, iż ludzkość nie otrzymuje miłości bezpośrednio. W naszych realiach możliwe jest poznanie dostępnych nam manifestacji miłości i tylko ich. Miłość nie jest dana nam wprost przez co pojawia się trudność w odróżnieniu miłości od samych jej wyrazów. Warto wiedzieć co prawdziwą miłością jest, a co jest jedynie miłością – jak nazywa Scheler – rzekomą. Nawet obeznani w tym temacie, potrafią popełnić błąd, chociażby kaznodzieje mylący miłość Caritas z jej przejawami. Faktycznie, miłość „cierpliwa jest, łaskawa. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1Kor.13,4-7). Przebieg ten nie jest odwracalny, gdyż ni łagodność, ni zazdrość, ni niepamiętliwość, ni brak pychy itd. nie muszą świadczyć o miłości. Można być łagodnym, łaskawym, sprawiedliwym, lecz nie kochać, bo miłość to nie jedynie cnota moralna. Kiedy jednak pojawi się, zapewne ujawni się właśnie poprzez te cnoty. Jednak niczego nie można być pewnym w kwestii miłości, gdyż jak to ujął Heidegger „nauczyliśmy się wiele, ale miłości się nie nauczyliśmy”.

 Bywają tacy, co okradają głębszy sens miłości sprowadzając ją do miłości fizycznej i tylko do niej (Seksus). Ludziom tym nie na rękę byłaby miłość platoniczna. Wielu szczególnie współczesnych źle reaguje na takie rodzaje miłości. Dla nich bycie pomiędzy idealnością a realnością jest zerwaniem kontaktu z rzeczywistym światem. De facto potrzebna jest tu odwaga i umiar. Osoby popadają w niewiarę w dostęp poznawczy do tego uczucia, a implikacje takiego podejścia do sprawy najważniejszej wartości ludzkiej są znaczne, bowiem strata poznawcza jest duża dla jednostki, która ją utraciła. Innym ambarasem jest istniejący idealny pejzaż miłości zupełnie odmienny od platońskiego planu. Zdarza się, iż ktoś kto dotychczas nie osiągnął w tym temacie celu eudajmonizmu, nie może zaakceptować przedstawianą w sposób idealistyczny miłość. Jednak zdarzają się ludzie, którzy mogą mówić o szczęściu, gdyż taką bądź podobną miłość tworzyli z drugą osobą, nawet jeśli tylko przez chwilę, bowiem śmierć ich rozdzieliła. Często ludzie ci kochają także po śmierci swojego partnera czy też partnerki. W przeciwieństwie do tęskniących za miłością wiedzą jak wygląda miłość przybliżona do tej idealnej, choć zapewne do ideału jeszcze jej dużo brakuje. Człowiek pełen tęsknoty zwykle wyobraża sobie ją fałszywie. Oczywiście doświadczenie czy to rozczarowania, czy utęsknienia za miłością wnosi sobą także prawdę o tym uczuciu, której może zupełnie nie znać uszczęśliwiony w miłości człowiek. Problem tkwi w wykrystalizowaniu tejże prawdy, w uzyskaniu świadomości oraz w samej sztuce jej ukazania. Najczęściej jednak nie podejmuje się takich prób, lecz pozostaje w stanie rozczarowania i zniechęcenia z małą nutką tęsknicy za czymś co teraz wydaje się być złudnym. Relacjonuje się najwyżej sam nasz stan, a nie opisuje się wiedzy o miłości, o jej kruchości, delikatności, łaskawości, konieczności bezustannego walczenia o nią. W szeregu razach miałam styczność z ludźmi z różnych środowisk, którzy jeszcze nie są w stanie pojąć czegoś więcej niż tylko jakie to są kobiety, czy jacy to są mężczyźni. Ludzie im podobni zaledwie przyswajają swój stan, choć i tutaj wyciągają zbyt daleko idące wnioski, które są źródłem permanentnie tworzących się fałszywych przeświadczeń. Z jednej strony instruuje się, iż nie ma niczego bardziej znaczącego w życiu istoty ludzkiej jak miłość lub sam jej brak, z drugiej strony miłość się tą nie tylko lekceważy, ale żyje w taki sposób, aby nie było po nas widać, iż jesteśmy do niej stworzeni. Pogrywamy tak swoim życiem, aby istniało obok substytutów miłości, gdzie łatwo o zaistnienie egoizmu (narcyzm), pragnienie znaczenia, choć nawet sama miłość tego nie wymaga i nie pragnie. Wiedza o miłości w danym okresie jest taka jaka postawa wobec niej. Im mniej kochasz, tym o uczuciu wiesz mniej. Balthasar uważał, iż „miłość w swojej wewnętrznej rzeczywistości, może być rozpoznawana wyłącznie przez miłość”. Poznawanie miłości odbywać się może za pośrednictwem pragnienia miłości, tęsknoty za nią, doświadczenia jej, samego aktywnego miłowania, a nawet klęski. Swobodnie jest dostrzec, że są to chyba wszystkie rozmaite formy partycypacji, a każdy już z osobna daje jakiś wgląd w istotę miłości, jak również ewidentnie z łatwością można spostrzec, iż zupełnie inaczej będzie wyglądał taki wgląd osoby pragnącej miłości, a inaczej jeszcze osoby w sposób ofiarny cierpiącej z miłości do drugiego człowieka. W efekcie tego wywodzą się różnice poglądowe.
Hartmannowskie opisy tegoż uczucia jako nowego duchowego tworu, albo opisy gdzie miłość nie dokonuje się w człowieku przez samą duszę, ale mając swe źródło w duszy, wyzwalając się i ujawniając przez ciało, bądź interpretacja Nietzschego, lub Hildebranda ukazują możliwą skalę interpretacji i dają siłę na własną refleksję, autorefleksję, a u niektórych budzi drzemiącą w nich samych tęsknotę za pełnią miłości. Jednak czynienie miłości sensem życia w efekcie staje się przyczyną zamknięcia na głębię przeżycia. Poprzez sens życia rozumiem obrany przez jednostkę cel do którego dąży. Innym powodem dla którego lepiej nie obierać sobie za sens swojego istnienia osiąganie miłości jest to, iż stracimy go, gdy ją odnajdziemy. Taki sens własnego bytu nie byłby już nim, a jeśli zaprzestaje nim być to znaczy, iż nie był nim wcale. Wedle wewnętrznego przekonania wspomnianego już Schelera „rozkosz nie powinna być przedmiotem intencji i tylko jako zjawisko towarzyszące wyrazowi miłości – bynajmniej zaś jako zamiar i cel – posiada taką głębię i upajającą noc, która przyczynia się do wywołania uczucia prawdziwego stopienia i jedności”. Wielu jest zdania, że miłość jest dążeniem do zespolenia osób, które czeka wspólne przezwyciężenie samotności. W ten sposób miłość opisuje Erich Fromm, zaś w „Sztuce miłości” wyraża on opinię, iż to najbardziej wyniosłe uczucie jest wtedy gdy istnieje czynne zainteresowanie życiem i rozwojem podmiotu, który kochamy, jeśliby zabrakło tej czynnej potrzeby, to z pewnością nieobecna jest i miłość. Faktycznie, tam gdzie udana miłość tam samotność wymiera. Jednak rozpatrując ostatnią myśl traktuję ją jako mylne założenie. Istota miłości nie winna być sprowadzana do roli jaką jest wygranie z wyobcowaniem, przeto uczucie to zespala, ale jest czymś więcej, niźli przeżyciem bliskości dwóch osób. Niestety, tam gdzie ludzie łączą się ze sobą w lęku przed osamotnieniem, tam zyskane wspólne życie nawet na zasadach koegzystencji nie jest bliskością miłości.
Miłość to instynkt? Jeśli nawet przyjmiemy, że tak to jeszcze warto rozważyć pytanie dotyczące popędu. Czy popęd jest instynktem? Etymologicznie rzecz ujmując instynkt utożsamiany jest z popędem i wówczas wiemy, iż mówiąc o popędzie mowa jest o metodzie działania, który jednocześnie ukazuje swoje źródło. Zauważamy jednak, iż seks na pierwszym spotkaniu jest zaprzeczeniem działalności człowieka, który poprzez refleksję kieruje tak swoim postępowaniem i zachowaniem, by w sposób niesprzeczny sobie, w stanie świadomym wybierać środki, świadomie przystosowywać się do osiągnięcia celu, którego jest również świadom. Ponadto człowiek ze swojej natury zdolny jest do świadomego działania ponad popędem, instynktem. Dlaczego jestem tego zdania? W innym razie nie widzę sensu w moralności stworzonej w dziedzinie seksualności. Mimo wytwarzanych przez ludzkość innych teorii w tej materii, choćby tej przez Remy de Gourmonta uważającego, że „miłość ma w sobie coś głęboko zwierzęcego i w tym tkwi jej piękno” nadal trzymam się projektu Jana Pawła II, nawiązującego do tego, iż instynkt seksualny u człowieka jest znacznie różniącym się i odbiegającym od tego u zwierząt. Myśl ta zrodziła się we mnie na długo przed zapoznaniem się ze światopoglądem naszego papieża – rodaka. Gdy się temu bliżej przyjrzymy istnieje prawdopodobieństwo odczucia, iż być może właściwie się wydaje niektórym, że w naszej kulturze darzy się zbyt otwarcie wolność seksualną, co prowadzi do zmienionej, redukcyjnej wizji miłości. Ta wizja będąca niejednokrotnie zwerbalizowaną zalega u wielu w sferze bezkrytycznie i bezrefleksyjnie przyjętych tzw. „prawd” o prawdziwej naturze człowieka i ludzkiej miłości. Tak przyjęte „prawdy” rodzące fałszywy obraz miłości spowodowały postrzeganie tego wyniosłego uczucia jako m. in. pochodnej popędu seksualnego. Miłość jednak wcale nie sprowadza się do seksu, gdyż tak naprawdę miłość nie ma związku z seksualnością o czym mogą świadczyć zakochani aseksualiści. Istnieją ludzie, którzy nie czują pożądania seksualnego, a potrafią kochać. Bywają i tacy, którzy będąc w małżeństwie nie podtrzymują ze sobą z jakichś przyczyn kontaktów erotycznych, co nie umniejsza ich uczuć do siebie. Spójrzmy na tych z bogatymi bagażami doświadczeń seksualnych. Ile z nich jest nieszczęśliwych, zagubionych i często nieświadomych tego faktu? Oczywiście po tym co uczynił ludziom freudyzm, inną niewybaczalną sprawą jest funkcja jaką dziś w tym temacie pełni socjologia.

 Przyjmując za nieistotną sprawę rozważany temat o możności tworzenia prawdziwej miłości "z" bądź "bez" seksu, kierujemy się do miłości, która bez seksu być powinna. Nieseksualną miłością darzy się dzieci, rodziców, wujostwo czy też dziadków. Miłość między rodzicem, a dzieckiem jest niewymowna i nawet nie spróbuję w tej pracy podjąć się jej objaśniania. Jednak większość rodziców wie czym ta miłość jest a czym nie, choć i tutaj definicję ciężko ustalić. Naprędce tylko wspomnę, iż rzeczony już Fromm właśnie uczucie matczyne uznawał za najpiękniejsze i najbardziej święte ze wszystkich miłości. Pominę również miłość ludzi tej samej płci, ponieważ nie jestem w stanie nic o niej powiedzieć. Jedynie mogę zakomunikować, iż zasady koegzystencjalne winny skłonić ludzi do opamiętania się i zaprzestania krzywd im wyrządzanym. Miłość pojawia się także do zwierząt, roślin, a nawet do rzeczy. Jednak w kwestii miłości przedmiotowej nie przywiązywałam wagi na tego rodzaju uczucie. O ile rozumiem miłość muzyka do tego co daje instrument – muzykę i do samego instrumentu, o ile pojmuję audiofila kochającego instrumenty i dobry sprzęt, gdyż daje mu on to co najbardziej kocha, a mianowicie przenosząc jak najbardziej czyste dźwięki w sposób jak najbardziej rzeczywisty, przestrzenny za pomocą stereo, czy dobry gramofon wydając piękne dźwięki oddaje w jego domu pomieszczenia w których utwory były nagrywane, o tyle nie potrafię zrozumieć bardziej odczuwalnej miłości do rzeczy niż do człowieka.

 Jak widać miłość ma wiele imion i dlaczego musiałaby być od razu niszczycielska, bądź budująca? Miłości nie powinno się rozważać jako czynnika „budowlanego”, „niszczycielskiego”. Mimo, iż miłość łączy się z takimi sprawami jak egoizm i zazdrość, to jednak byłoby niestosownie przypisanie jej jedynie negatywnej strony. Sam fakt istnienia czegoś takiego jak resentyment świadczy o tym, iż miłość buduje nasze przeżycia, dzięki którym powstają piękne, miłosne wspomnienia. Zapewne wszyscy pisarze, filozofowie, malarze, muzycy i inni nawiązujący do miłości wnieśli swój punkt widzenia jej. Skupiali się na niej, aby przybliżyć ludzkości tematykę tegoż uczucia. Niektóre opinie wypłynęły z powierzchownych analiz, inne z głębokich refleksji. Ważne, by wiedzieć czym dla nas jest miłość, bo pragnąc czegoś i nie zdając sobie sprawy o czym marzymy może to nam tylko przysporzyć więcej kłopotów niż pożytku. Problemy te dotyczyć mogą nie tylko danej jednostki, która w ten a nie inny sposób wyobrażała sobie miłość i jej pragnęła, lecz i obiektu jej miłości, zaś jeśli już pojawił się owoc uczucia to i on będzie zbierał cierpkość poczynań dorosłych. Inne, a często i całkowicie odmienne nie dające się pokryć wyobrażenia o świecie, miłości i radykalność w swoich poczynaniach, osądach zawsze działają in minus na dzieci, które niczym nie zawiniły. Dlatego tak ważne jest abyśmy już od początku wiedzieli jak określamy pojęcie miłości, czym to uczucie dla nas jest, jak je postrzegamy i w jaki sposób chcemy ją przekazywać sobie i pociechom. Kryzys takich wartości jak miłość zainicjowany jest m. in. przez brak zrozumienia samego siebie – człowieka, jak również przez niedostateczną, odpowiednią wiedzę w zakresie dziedziny jaką jest siła napędowa naszego życia. „Miłość i rozumienie to dwie postacie tego samego” Ernst von Feuchtersleben. Choć nie jestem za eudajmonizmem to jednak przestrzegam, że podczas, gdy rodzi się dziecko jego szczęście winno być ważniejsze, nawet wówczas, gdy dochodzimy do konkluzji, iż nie rozumiemy siebie i musimy się rozstać. W żadnym razie nie wnoszę tutaj, by ludzie niekochający się byli ze sobą na przekór sobie samym tylko ze względu na wspólnego potomka/potomków. Wręcz przeciwnie, moja opinia jest taka, że tacy rodzice często okazują się lepszymi, gdy się już rozejdą. Proszę jedynie o rozwagę w podejmowaniu działań po rozstaniu się i nie tkwienia na siłę w toksycznym związku, który i tak nie będzie przykładem dla młodego człowieka.

 Reasumując muszę przyznać, iż nie wniosłam żadnej innowacji filozoficznej, są to wiadomości znane od lat, wieków, tysiącleci. Jednakże przypomnienie sobie ich w krótkim okresie czasu i periodyczne refleksje szkicują własne wyobrażenie o zarysach miłości, a jeśli już takowy szkic mieliśmy, to skłania nas do wniesienia nowych poprawek, podobnie jak samo doświadczenie życiowe. Czym jest miłość? Jeszcze nie wiecie? Nikt na to pytanie nie odpowie za Was. Miłość jest w nas – ludziach, zarówno jej znaczenie jak i ona sama. Choć wielu bohaterów pięknie napisanych dzieł z pewnością chciałoby zostać pełnokrwistymi postaciami, to jednak większość z nich rezygnowała z tego zamierzenia, by poświęcić się niespełnionej miłości nierzadko wiedząc z góry o niefortunnym jej finale ukazywanym nam przez turpistyczne pejzaże ich cierpień. Zatem jaki jest problem by i Wam przyszła chęć doświadczenia uczucia jakim jest miłość? Poznajcie ją poprzez miłość do drugiego człowieka, a jeśli się obawiacie najpierw spróbujcie odnaleźć ją w muzyce, poezji, plastyce. Możliwe, iż ktoś zapyta: „Czy sztuka jest miłością?”. Z pewnością na tyle sztuka jest miłością, na ile miłość sztuką. Czy spotkacie prawdziwą miłość jeśli jeszcze tego nie dokonaliście? Naprawdę nie wiem, ale mój głos wewnętrzny podpowiada mi, iż warto wierzyć i mieć nadzieję, nie można jednak mieć tylko nadziei, że się wierzy w takową miłość, tylko w rzeczy samej należy wierzyć w nią i mieć szeroko otwarte oczy, aby jej nie pominąć w zagęszczonym lesie innych odczuć i obowiązków. Gdy się już ją napotka pożądane byłoby ją mocno trzymać i nie pozwalać na jej marnotrawstwo, wyniszczenie. Zatrzymać miłość przy sobie, nie przeprowadzać stopniowej destrukcji uczucia. Można dokonać tego jedną metodą, a mianowicie dbać o nią każdego dnia, by codziennie przynosiła swoje piękne twory w różnych formach. Oczywiście przy podejmowaniu jakichkolwiek zmian w swoim zespole przekonań wskazane jest nie zapominać, iż jest to jedynie moja subiektywna praca.



Edit: Powyższa praca ma już bardziej rozbudowaną formę przeze mnie, a jej oryginalny tytuł to: Miłość - najbardziej wiodąca człowiekiem siła. Jednak nie będę już jej tu umieszczać.

Dodaj komentarz

Niejawne przepisy, czyli przekręty z którymi ciężko wygrać


W ostatnich dwóch latach dotarły do mnie w skondensowanej formie informacje z którymi trudno mi się pogodzić, bo dotyczą naszego kraju. Już kiedyś na łamach joggera wspomniałam o niejawnych przepisach, przepisach wprowadzanych po cichu (np. Poufna Polska). Osoby mające dostęp do poziomów wyższych miały możliwość się zapoznać np. z tym jak operatorzy usług internetowych mają obowiązek przetrzymywania danych przez 5 lat, danych dotyczących abonentów, tego co da się kontrolować (to co idzie przez protokół internetowy).
Oczywiście wiele osób uważa to za nonsens, gdyż oficjalnie podanego przepisu nie ma (w końcu niby obowiązujące u nas ustawy/przepisy są z oczywistych względów jawne). Dopiero jak dochodzi do rozprawy sądowej taki oskarżony może, ale nie oznacza to, że musi się tego dowiedzieć. Fakt, że ludzie słyszeli, iż UE chciała wprowadzić taki przepis trzymania danych przez 2 lata i tego nie zrobiła zrodziło u nich przeświadczenie, że takiego przepisu nie ma. Ponadto (co ciekawe) nie każdy prawnik wie o takim przepisie, wie tylko ten, który akurat zajmuje się sprawami telekomunikacyjnymi.

Drugim przepisem, który jest ukrywany dotyczy się administracji, które mają być zlikwidowane do końca tego roku, a mianowicie ich wew. przepisy są nadrzędne nad głównymi przepisami państwa, dodatkowo przepisy te mogą być zmieniane przez nich bez jakiegokolwiek pisemnego informowania nas o tym. Można spróbować się o tym dowiedzieć na własną rękę, ale przecież skąd zwykłemu obywatelowi ma przyjść do głowy to, iż akurat teraz mogło się coś zmienić i że powinien się zapytać. Może co miesiąc powinien się pytać, czy coś się nie zmieniło w przepisach? Mało tego, w wielu przypadkach nikt z administracji nie ma obowiązku podawać tych informacji, to tylko jego wola, a w niektórych przypadkach nawet nie może o nich mówić.
Przepis przez który mogę stracić lokal, który zajmuję mówi o tym, iż ważne jest tylko zaksięgowanie pieniędzy przez księgową administracji. Płacenie czy to na poczcie, czy tak jak ja za pośrednictwem banku nie jest honorowane, bo niekoniecznie księgowa musiała pieniążki zaksięgować. Zlecenie stałe w tym temacie nie jest dowodem, bo księgowa pieniądze za lipiec księguje w sierpniu (jak sobie chce) i niby zapłacone mamy za sierpień, a potem dowiadujemy się, że potwierdzenie z banku (nawet to które ma ING z podpisem na dole) w świetle praw administracyjnych dowodem nie jest. Stempelek ani poczty, ani nawet bezimienny w administracji nie jest potwierdzeniem. O tym wszystkim dowiadujemy się dopiero w sądzie, czasami po wielu miesiącach zmagań. Dlaczego tak jest? Dlaczego są takie przepisy? Administracje tłumaczą się tym, że stempel łatwo podrobić (nawet ten ich), parafkę też. Jedyną metodą wpłacania pieniędzy do administracji by był jakiś dowód wpłaty to stempelek imienny osoby przyjmującej pieniądze w kasie wraz z adnotacją jednostki w której znajduje się kasa plus podpis imienny osoby i ile pieniędzy wpłacamy za który miesiąc w roku. Mając taki dowód można chociaż kogoś pociągnąć do odpowiedzialności w procesie cywilnym. Głupota ze strony administracji, czy może mają w tym zamierzony cel?
Otóż jeśli sobie wymyślą, iż nie zapłaciło się za 3 miesiące wówczas mogą wręczyć wypowiedzenie i mieszkanie przejmie ktoś kto jest ich znajomym lub wręczy 20 tysięcy łapówki. Administracja nie ma obowiązku informować o zadłużeniu drogą pisemną, a człowiek który płaci co miesiąc może czuć się zaskoczonym. Administracje w tym roku robią to nagminnie ludziom, którzy dotąd płacili systematycznie. Wiedzą, że jeśli ktoś płacił to znowu zapłaci za to samo, a jeśli nie to już są chętni na to mieszkanie, a jego przeniosą do innego, gorszego mieszkania.
Ja jestem w sytuacji 2 miesięcy rzekomego zadłużenia (po pewnych informacjach od znajomych poszłam się dowiedzieć co się zmieniło w administracji) i spróbuję się nie dać. Oczywiście osoby z wykupionymi mieszkaniami nie mają takich problemów, wspólnoty zwykle inaczej działają (choć wykupić ziemię pod mieszkanie warto na wszelki wypadek). Na razie widzę tylko jeden sposób. Wpłacić te pieniądze jeszcze raz, a po likwidacji tego (po)komunistycznego (pełnego komunizmu) tworu jakim jest dla mnie administracja wytoczyć proces cywilny co znowu będzie kosztowało państwo (w świetle przepisów pozwalających przyznać pieniądze państwowe na poczet procesu dla osób, których na to nie stać). W moim bloku jeszcze dochodzi jedna rzecz poddająca pod wątpliwość uczciwość administracji. Jeden człowiek płaci komorne ponad 200 złotych a człowiek z takim samym mieszkaniem tylko mieszkający np. pod nim płaci komornego ponad 400 (mowa oczywiście o mieszkaniach niewykupionych). Takich przypadków w tym bloku jest wiele i trzeba jakoś przetrwać do 31 grudnia.

Mam dość ludzi w administracji, zwłaszcza pewnej megalomanki do której nie docierają niektóre fakty. Mam dość penetrowania polskiego prawa, który ma luki dzięki którym takie instytucje mogą kraść. Mam dość deklamatorstwa ludzi, którzy są za to odpowiedzialni. Dość tych patetycznych póz i cierpkich uwag w stosunku do ludzi uczciwych, ale dla nich nic nie znaczących.
Dlatego też w świetle tych przykrych zdarzeń postanawiam zebrać myśli i mimo wszystko jakoś to rozwiązać. Mnie jeszcze stać na ponowne wpłacenie a potem walczenie o swoje. Co mają jednak powiedzieć rodziny biedne?

Wyłączam komentarze. Jest to przykry temat dla mnie. Zapewne ludzie, którzy to przeżyli już wiedzą na czym stoję. Prawnicy od prawa administracyjnego też wiedzą (niekoniecznie w ich interesie jest o tym rozmawiać). Tym, którzy uważają, że wszystkie przepisy są jawne (bo w sumie tak powinno być) nie zabraniam mieć własnego zdania. Pozostawiam jednak wątpliwości do przemyślenia. W końcu między „powinno być” a „jest” istnieje różnica.

PS. W ostatnim czasie chorowałam, poświęcałam się życiu rodzinnemu, ale czas zająć się pracą i sprawami, które bezzwłocznie należy rozwiązać. Już niebawem spróbuję zając się blogiem i nawiązać kontakty z ludźmi których w ostatnim miesiącu zaniedbałam, także w świecie wirtualnym.

Komentarze wyłączone

Zabawa eksperymentalna - 1 dzień bez uczuć


Bywało, że coś ścisnęło mnie za gardło. W czasie oglądania pięknego krajobrazu wzruszenie odbierało mi głos. Gdy towarzyszył mi wstyd czułam jakby moje nogi były z waty i uginały się pode mną prawie tak jakbym lada moment miała zemdleć. W chwilach braku kogoś mi bardzo bliskiego ogarniał mnie głuchy żal, czułam się źle, usychałam z tęsknoty. Po czyjejś śmierci z trudem powstrzymywałam łzy, które natrętnie napływały mi do oczu. Jeśli dochodziło do utraty kontroli nad emocjami krople łez ciurkiem spływały po moich policzkach, a płacz targał moim ciałem, które było potrząsane przez łkanie. Pragnęłam jeszcze to opanować. Tutaj muszę zaznaczyć, iż bardzo dobrze rozumiałam Marcina z pewnej lektury szkolnej. Tak jak u niego tak u mnie zdarzało się, iż w takiej sytuacji moje serce potrafiło szarpnąć mną dość porządnie i tak jak wtedy kiedy człowiek mocno ściska swoje dłonie tłumiąc w sobie złość tak ja zaciskałam zęby, aby tylko dalej z krzykiem nie szlochać. Kulminacyjnym uczuciem jakie przychodziło mi doświadczać w głębokiej i nieznośnej rozpaczy było niewątpliwie serce chcące rozsadzić mi pierś i myśl, że za chwilę skonam z żalu. Właśnie tym charakteryzowało się dno mojej rozpaczy. Pominę tu kwestię tego, iż obecnie po śmierci osoby bardziej czuję chrześcijańską radość niż smutek, gdyż wiele osób mogłoby tego nie zrozumieć i zaczęłaby się tutaj wojna, a znając moje szczęście to zapewne jeszcze religijno – ateistyczna i religijno – chrześcijańska, a może jeszcze chrześcijańsko – chrześcijańska. Wybaczcie, uniknę rozwijania tego tematu, tym bardziej że jest nie na temat.

W czasie zdarzeń przyjemnych, np. powrotu kogoś oczekiwanego, spotkań ze znajomymi itd. moją twarz rozjaśniał uśmiech radości, wtedy czułam można rzec duszę na ramieniu. Natomiast sytuacje ambiwalentne, niejasne powodowały we mnie strach, lęk, niepokój, a kiedy rozstrzygały się w pozytywny dla mnie sposób czułam jak w jednej chwili kamień spada mi z serca. W momencie chwilowej obawy, niepewności czułam jak oblewa mnie zimny pot od głowy poprzez szyję, ramiona, dłonie po brzuch, a czasami sięgał nawet stóp. Kiedy niewiedza powodowała moje przejęcie bywało, iż zapominałam o podstawowych rzeczach, a serce mocno łopotało jakby je ścisnęło jakieś dziwne przeczucie.

W momencie przeżywania danego utworu muzycznego, bądź czytania jakiegoś wiersza czułam jak krew pulsuje w moich żyłach i jak później to wszystko się uspakaja, a gdy czytałam książkę lub oglądałam film czułam uczucia jakie winien odczuwać bohater, bądź powinny odczuwać postacie, a nie ja. Wyglądało to tak, jakby ich problemy i radości były moimi własnymi. Natomiast podczas tańczenia czułam jak poszczególne części mojego ciała porozumiewały się ze sobą stając się jednością, a ja wkładałam w tę komunikację serce i siły. Wtedy czułam skrzydła u ramion i z relacji wielu ludzi twarz niejednokrotnie rozjaśniała się w uśmiechu.

W danej porze dnia, gdy byli przy mnie bliscy, którzy mnie wspierali i w momencie kiedy dawałam im miłość to tylko mogę sobie wyobrażać jak wtedy wyglądałam. Zapewne oczy musiały lśnić niewyobrażalnie mocnym, dziwnym blaskiem, chodziłam roześmiana od ucha do ucha karmiąc się szczęściem.

Używałam czasu przeszłego, choć wszystkie te uczucia nadal mi towarzyszą (jedyne co się zmieniło to ich intensywność oraz omówiona już sprawa reakcji na śmierć osoby). Wczoraj chciałam przeżyć jeden, ale to jeden dzień bez uczuć, emocji i nie było to łatwe, gdyż nawet sam rozum przemawiał za tym, aby czasami ulec sercu, czy duszy (jak kto woli). Czy mi się udało pozbyć wszelkich odczuć wewnętrznych?

Z początkiem dnia udawało mi się to bez żadnych problemów. Obowiązki, brak czasu pomogły mi, aby nie zagłębiać się bardziej nad tym co robię. Problem zaczął się kiedy używałam balsamu do ciała. Zmysłowe, codzienne wcieranie tegoż specyfiku w moje ciało zawsze powodowało we mnie uczucie ciepła, ale w oka mgnieniu powstrzymałam je. W chwilę potem słuchanie muzyki w tym instrumentów rozchodzących się w zamierzony sposób po pomieszczeniu w którym się znajdowałam powodowało we mnie dziwne uczucie gromadzące się w brzuchu, gardle i głowie, oraz pulsowanie krwi w żyłach. Nadal zastanawiałam się czemu musiałam włożyć tę płytę i jej posłuchać zamiast skupić się na pracy. Czyżby doznawanie uczuć było mi aż tak potrzebne, że stało się moim życiem? Wiem – jestem szalona. Kiedy tak słuchałam pierwszego utworu i dobrnęłam do momentu gdy to jedna gitara grała jak wcześniej, a druga zrobiła niezły show i jeszcze wśród wielu pięknych dźwięków doznając te wydobywające się z pianina (jakby było ono powiedzmy ujmę tak: z 2 metry przede mną plus 5 metrów obok mnie) zaczęłam się orientować, iż czuję jakbym nie tylko była wśród jakiejś orkiestry, ale jakby te dźwięki i ja były jednością. Wiem, pewnie znajdą się osoby, które stwierdzą, że „poezję” albo bzdury piszę. Nim jednak ruszyłam się wyłączyć muzykę zdążyłam usłyszeć jeszcze wokal, który jakby ze środka przedniej ściany podążając do mnie obejmował coraz to większy obszar. Nie wytrzymałam i wstałam, wyłączyłam audio i postanowiłam zajrzeć do poczty elektronicznej, choć mam powiadomienia SMS-em i wiedziałam, iż przez noc nic nie otrzymałam z wyjątkiem jednej wiadomości. Później zajęłam się dalszymi obowiązkami, pracą. Prawdziwe schody zaczęły się, kiedy po obiedzie przyszło rozmawiać mi z osobą, którą kocham. Nie zdążyłam zamienić kilku zdań, a tu raptem przyszło do mnie dziecko, aby je przytulić i ucałować. Można rzec, że „złamałam się”, nie potrafiłam ni udawać przytulenia czy całusa, ni obojętnie przejść wobec tego malca lekceważąc przy tym jego uczucia. Nie potrafiłam i już!

Ludzie mogą mówić, że uczucia nie są najważniejsze, a rozum jest istotniejszy. Według mnie zarówno uczucia jak i rozum są ważne dla człowieka, bez nich by nim przecież nie był. Osobiście cieszę się, iż potrafię oczekiwać z bijącym sercem, poznawać nieznane ze strachem w oczach, dotykając zmokłego liścia czuć jego wilgoć i śmiać się, głaszcząc plecy Krystianka doznawać jego dziecięcej gładkości i delikatności, którą trzeba chronić preparatami dla dzieci, a tym samym troszczyć się i być zadowoloną. Nie potrafię przestać czuć i wyrażać takie uczucia wiążące się z przyjaźnią i miłością. Może umiałabym, gdyby przyjaźń i miłość nie byłyby dla mnie takie ważne, ale zawsze były. Od zawsze czułam, że kochać, lubić chcę i żadne nieprzyjemności, doświadczenia nawet te najbardziej bolesne choć dużo mnie nauczyły to mnie nie zraziły.

Zatem koło się zamyka:
Pozostałam sobą, nie tylko wczoraj, ale w całym moim dotychczasowym życiu i choć poglądy na pewne tematy mogły i mogą ulegać zmianie to jednak uczucia wewnętrzne istnieją dalej, bo są dla mnie można rzec, że wraz z umysłem najważniejszą sferą, w końcu tworzą mnie – człowieka.

Moje myśli:
W odpowiednim momencie serce powinno dopuścić umysł do głosu i odwrotnie, są chwile kiedy to emocjom rozsądek winien pozwolić wyłonić się ponad góry.
Jednak to wszystko zależy od nas, gdyż tylko my potrafimy na to zezwolić i temu zabronić. Zatem nie pytaj czy potrafisz, tylko czy chcesz. A chcesz pozwolić rozwijać się uczuciom i je bardziej rozumieć, czy przeciwdziałać odczuciom? Co mówi Twój umysł, bo w nim jest odpowiedź. Czy potrafi zaakceptować uczucia i się ich uczyć?

Dodaj komentarz

Cierpienie - jaki jest nasz stosunek do bólu i jak go widzimy?


Cierpienie (wybrana strona pierwsza lepsza) kojarzy nam się bardziej ze smutkiem niż radością. Literatura zgromadziła dużą ilość wiadomości na ten temat o czym mogą świadczyć motywy cierpienia (wybrana strona pierwsza lepsza). Czy jednak tak naprawdę wiemy czym jest cierpienie i dlaczego ono istnieje?
Czy jest to uczucie? Zapewne tak, gdyż czujemy cierpienie. Z czego jest złożone cierpienie? Na cierpienie składają się wzruszenia, gdyż niewątpliwie wówczas się wzruszamy. Jakie są źródła tegoż uczucia? Źródłem pochodzenia jest nasza sfera wewnętrzna, bądź zewnętrzna. Jakie jest to cierpienie? Intensywne bądź mniej intensywne, krótkie lub długotrwałe. Czy uczucie to bywa wyższym? Według Lindworsky-ego tak, bo jest następstwem czynności narządu jakim jest nasz rozum.
Czym jest cierpienie? Definicja cierpienia nie jest do końca określona. Cierpieniem może być stan w którym czujemy ból fizyczny danej części ciała np. palec u dłoni, co rodzi w nas uczucie przykrości, jak również jest to stan, gdzie jesteśmy świadkami wielu różnych przeżyć wewnętrznych, które tworzą w nas pewien stan emocjonalny. Jednak cierpienie jest bardziej skomplikowane niż możemy sobie zdawać z tego sprawę. Do ukazania problematyki cierpienia, a tym samym jego roli w życiu każdego z nas potrzebne będzie posłużenie się przykładami.


Wyobraźmy sobie osobę ciężko chorującą, której choroba sprawia wielki ból fizyczny, przez co człowiek doznał bólu w postaci cielesnej. Czy jednak tylko sfera cielesna doznała bólu? Człowiek ten wiedząc, że nie może nic uczynić by było lepiej doznał również bólu w sferze nazwijmy to duchowej. Człowiek próbuje kontrolować swoje życie, wpływać na sytuację, zdarzenia a kiedy dochodzi do wniosku, że tak naprawdę jest bezsilny to co robi? Może to rozczarowanie nie miałoby miejsca, gdyby od początku wiedział, iż przyszło mu żyć w chaotycznym świecie i próbując go uporządkować sam staje się celem. Sam człowiek jest chaotyczny i kiedy zaczyna rozumieć, iż w wielu sytuacjach nie jest w stanie zbyt wiele zdziałać zaczyna czuć się jak rzecz. W końcu przedmiot nie stawia oporu przez co jest bezsilny. Ból powiązany jest ze słowem "ofiara", a według Schelera człowiek w jakimś stopniu będąc bólem staje się i ofiarą. Co robi człowiek, który nie może nic zrobić? Oczywiście rezygnuje z jakichkolwiek czynności mających na celu opór i przeciwstawienie się chorobie. W filozofii Schelera działanie to nazywa się mianem tzw. "kosztów". Istnieli ludzie, którzy byli za taką kapitulacją człowieka. Byli i tacy, którzy unicestwienie pędu do działań przeciwko chorobie nie akceptowali, a byli za walką. Dziś widzimy jak przybywa nam zwolenników eutanazji, a ubywa ludzi chcących walczyć. O eutanazji czy aborcji można przeczytać tutaj. Jednak walczyć nie jest tak łatwo jak to się mogłoby wydawać. Brak sił, pomysłów dotyka ludzi w każdym wieku i to w życiu codziennym. Każda osoba miała możliwość doświadczenia tegoż trudnego jak dla nas uczucia. Kiedy wszyscy mieli taką sposobność zapoznania się z bezsilnością? Kiedy pojawiły się wydarzenia na które nie mogliśmy mieć żadnego wpływu np. czyjaś śmierć, pewne narzucone z góry przymusy lub zakazy. Wówczas czujemy się bez jakichkolwiek szans na walkę, a co już na wygraną. Wiele osób czuję się bez szans na wygraną choćby w takich sytuacjach jak w supermarkecie, gdzie jest nakaz zostawiania plecaków w przechowalni. Czujemy, że musimy się temu podporządkować i nie walcząc zanosimy plecak w owe miejsce dostając w zamian numerek lub klucz. O tyle jest dobrze, kiedy oddajemy jakieś rzeczy do przechowalni, które faktycznie nie są nam przydatne, ciężkie i mogłyby nam tylko przysporzyć problemy. Jeśli jednak jest to tylko pusty plecak to powinniśmy walczyć o jego wniesienie na teren sklepu. Nikt, żadne wewnętrzne przepisy nie mogą nam tego zabronić i sugerować, iż chcąc wnieść plecak chcemy coś ukraść. Kwestia tego czy czegoś nie weźmiemy bez zapłaty zależna jest od naszego wnętrza i od tego ilu ochroniarzy jest na terenie sklepu. Mamy prawo wejść z plecakiem, ponieważ to nie nasza wina, iż zatrudnionych ochroniarzy jest za mało, aby nas przypilnować. Tutaj warto podjąć walkę, nawet jeśli skończyłoby się tym, iż zawołamy kierownika ochrony a potem pójściem do kierownictwa sklepu. Jednak tutaj często tego nie robimy, bo kapitulujemy. Mnie osobiście boli to, iż mam zostawiać swoje rzeczy, często nietanie w przechowalniach skąd często giną rzeczy dlatego podjęłam walkę, która wbrew pozorom zakończyła się dla mnie sukcesem.

Niestety, najbardziej popularną formą radzenia sobie z problemami jest ucieczka, która wydaje mi się, iż nie tyle wywodzi się z samych doznać fizycznych, ale co gorsze umysłowych. My - ludzie jesteśmy słabi, nieodporni na cierpienie. To w jakim stopniu jesteśmy słabeuszami i od jakiego rodzaju cierpienia uciekamy zależne jest wyłącznie od indywidualnych cech osobowych danego osobnika dzięki którym człowiek ten zachowuje się tak a nie inaczej wobec pewnej sytuacji. Czym charakteryzuje się taka ucieczka? Jeden człowiek na wieść o śmierci bliskiej mu osoby będzie próbował nauczyć się z tym żyć, drugi będzie chciał umrzeć, a trzeci jeszcze zaprzeczy fakt tej śmierci tworząc w swoim umyśle fałsz (zazwyczaj wmawiając sobie, iż ktoś żyje tylko nie wraca). Tutaj widoczna staje się różnica samej reakcji ludzi na jedno wydarzenie jakim jest śmierć bliskiej osoby.

Więcej o cierpieniu na poziomie 3

5 komentarzy

Wewnętrzna siła omijanym lekiem?


    Zastanawiam się jak to jest możliwe, że ludzie próbują rozwiązywać kłopoty "zaleczając" je, a nie zwalczając źródło swoich problemów. Jestem świadoma, że kłopoty mogą przysporzyć wiele złego, stwarzać ciężkie sytuacje rodzinne, życiowe powodować nieudogodnienia. Nie mogę jednak zrozumieć wojny, która jeszcze bardziej pogarsza całą sytuację.
    O czym ja piszę? Przykładowo weźmy temat dotyczący aborcji. Rząd i Kościół, gdzie władzę ma płeć męska zakazują bądź chcą zakazywać aborcji. Część kobiet „wyzwolonych” nie lubi dzieci i o tyle można zrozumieć ich emocje względem samego tematu aborcji o tyle nie można zrozumieć czasami pojawiającej się agresji z ich strony. Uważają one, że ich zdanie nie spotyka się z szacunkiem, a jeśli ktoś je (ich zdanie) uszanuje to one odwdzięczą się tym samym. Powiadają o moralności, ale mówią też o tym, iż seks bez miłości to nic złego. Taka kobieta chce szacunku, ale sama nie szanuje ani dziecka poczętego, ani siebie czy partnera. Dlaczego? Za swoje uczynki trzeba brać samemu odpowiedzialność. Uprawiałaś seks to teraz ponieś tego konsekwencje. Czy musimy tak bardzo bać się świata wewnętrznego? Czyż świat nie byłby piękny gdyby człowiek uprawiał seks z miłości i był odpowiedzialny? Nie mowa tu już o antykoncepcji, ale o świecie uczucia, pragnień, wzruszeń. Jesteś niezdolny do odczuwania tychże jak bardzo pięknych i wzniosłych spraw jakie może odczuwać człowiek? Jeżeli tak to powinieneś odstąpić od seksu. W innym razie będziesz szukał wszystkich alternatywnych rozwiązań, aby tylko usprawiedliwić siebie i pomóc sobie w trudnych dla ciebie sytuacjach. Współżyjące ze sobą osoby już na starcie winny być świadome, że kobieta może zajść w ciążę i nosić dziecko pod swoim sercem, a mężczyzna, iż musi pomagać kobiecie i dziecku w dalszym życiu, nie zostawiając ich samych.
    Z pewnością tak jak porzucenie noworodka w śmietniku tak i aborcja nie należy do tych odpowiedzialnych posunięć. Pojawia się pytanie: Co z kobietami, które zaszły w ciążę w wyniku gwałtu, bądź ich życie pozostaje zagrożone?
    Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana. Gdyby ludzie nie bali się świata wewnętrznego gwałtów raczej by nie było. W końcu każdy odpowiadałby za swoje czyny. Ponieważ ludzie nie dorośli mamy jak mamy. Kobieta zgwałcona często nie wierzy w siebie, jest zagubiona, obwinia się sama. Zdarza się, że dopada ją depresja będąca kolejnym piekłem na naszej planecie. Nie jest w stanie podnieść się z tego bagna, a co tu mówić o zostaniu matką dziecka osoby, która jej to zrobiła. Zdarza się również, iż kobieta zgwałcona nie tylko nie kocha dziecka, ale i czuje wstręt obwiniając je za to co się wydarzyło. To uczucie nie wywodzi się z tego, iż kobieta jest złym człowiekiem, ale z tego co przeżywa. Dlatego w takich przypadkach występuje ogólne przyzwolenie na wykonanie aborcji. Można jednak zadać pytanie: Czy należy karać drugą ofiarę jaką jest dziecko? Ponadto nasuwa się następne pytanie: Ile jest ciąż z powodu gwałtów?
    Natomiast w kwestii kobiety ciężarnej będącej w stanie wymagającym udzielenia pomocy wiadome jest, że jeśli ratuje się i kobietę i dziecko to konfliktu nie ma. Nawet, kiedy płód nie będzie mógł przeżyć jako dziecko i podejmuje się decyzję o ratowaniu tylko matki jest to wybór uważany za powszechnie słuszny, słuszny mimo, iż umiera słabsza istota. Dylemat pojawia się dopiero wówczas, kiedy dziecko mogłoby samo przeżyć, ale trzeba wybrać między jego, a matki dobrem.
    Kobieta zachodząc w ciążę słusznie się obawia jej finału. Wiem, że to jest ciężkie do zaakceptowania, ale tak już jest na tym świecie. Sama byłam w ciąży i wiem, iż wybrałabym dobro dziecka (uprzedziłam o tym ludzi pracujących w szpitalu i samego ojca dziecka). Od początku czułam się odpowiedzialna za tą istotkę, która żyła we mnie. Zdaję sobie sprawę, iż jest to okrutne, ale taka jest natura. Dla syna oddałabym własne życie. Ból pozostawionego męża z samym dzieckiem, bądź nawet bez (jeżeli nie udałoby się uratować małą istotkę) byłby mocno intensywny, ale i on powinien być na to przygotowany. Przyjęło się nie rozmawiać na takie tematy, by „nie wykrakać”. Jednak o śmierci powinniśmy zawsze pamiętać i nie bać się o tym rozmawiać. Śmierć to część życia i obowiązek. Śmierć każdego spotka, nikogo nie ominie. Znajduję jednak w sobie zrozumienie dla ludzi (kobiet), którzy wybierają życie matki. Nadal jednak sądzę, że jest to ucieczka przed tym co i tak nas spotka. Ucieczka przed odpowiedzialnością. Z innej jednak strony, czy ratowanie życia, które w danej okoliczności może zostać uratowane jest aborcją drugiego człowieka?
    Rząd nie rozwiąże problemów. Antykoncepcja pozostaje alternatywą dla świata wewnętrznego i odpowiedzialności, aborcja jest wyjściem, którym nie powinniśmy się zajmować. Nie powinny istnieć inne sposoby, źle robimy szukając za wszelką cenę następnych możliwości. Rozwiązanie jest w nas i to jak bardzo siebie znamy.
    Komplikujemy sobie życie również w kwestii samego umierania. Istota żywa nie wybiera sobie ani dnia, ani godziny swojej śmierci. Czy jednak można zrobić wyjątek i powodować ulgę cierpiącego zabijając go?
    Żyje ogrom ludzi, którzy wypowiadali się na ten temat, wypowiadają i będą to robić. Część ludzi uważa to za jakiś sposób pomocy ludziom, którym cierpienie nie daje odetchnąć, nie daje również ich opiekunom. Część ludzi nie ma wyrobionego własnego zdania. Są tacy, którzy dopuściliby eutanazję pod pewnymi warunkami w jakieś bardzo złej sytuacji. Przeciwnicy eutanazji traktują ją jako rzecz absolutnie złą, którą nie można dopuścić. Tym samym dają wielu ludziom odczuć, że są nieobiektywni a ich wypowiedzi, czy też prace nie posiadają wyważonego głosu w tej jak trudnej sprawie. Dlaczego tak jest? Ludzie nie uznający śmierci z litości ukazują jedynie argumenty za sprzeciwem eutanazji nie zostawiając cienia wątpliwości w swoim rozumowaniu. Beż żadnych problemów twierdzą, iż eutanazja posiada u swojej podstawy ukrytą zbrodnię.
    Jak wiemy istnieje wiele poglądów na ten temat. Zastanówmy się jednak, czy w innych relacjach człowiek – człowiek potrzebna byłaby eutanazja. Do tego potrzebujemy przez chwilę przenieść się w inny świat w którym ludziom naprawdę zależy na sobie. Człowiek rodzi się, jest obdarzony troską, dorastając nie wyczynia w takim stopniu głupot, aby być przykładowo na wózku inwalidzkim. Ludzie dbają o siebie i innych, nie palą, ewentualne samochody nie są na ropę, gaz lecz zupełnie na coś innego (wodę). Dzięki temu jest o wiele mniej chorób i mniej ludzkiego cierpienia. Człowiek nie wie co to eutanazja i śmierć pozostaje sprawą natury, a on umiera ze świadomością, iż jest to także część życia z którą przyszło mu się teraz spotkać.
    Czy cierpienie faktycznie musi prowadzić do chęci zabicia siebie i czym w ogóle ono jest? Na to pytanie można napisać osobny wpis i zapewne tego dokonam kiedy indziej, ale sami odpowiedzmy sobie na to pytanie. Czy iście będąc chorymi lepszym wyjściem dla nas byłaby śmierć, czy może jednak życie w bólu, ale zawsze życie?
    Osobiście wychodzę z założenia, iż człowiek winien brać z życia to co najlepsze, jak również to co najgorsze przychodzi mu przeżyć. Nie sposób jest mówić o czymś czego się nie przeżyło – mogą twierdzić zwolennicy eutanazji. Dobrze, ale czy to, iż ktoś ma w tej sferze doświadczenie od razu musi oznaczać, że ma większą rację ode mnie? Może to człowiek z boku widzi lepiej? Poza tym istnieją ludzie, którzy cieszą się, że nie poddano ich eutanazji, bądź ich bliskiego. Przykładem jest znany przypadek w naszym kraju pana Janusza, który złożył wniosek o eutanazję po czym dostał pracę i odnalazł sens życia. Oczywiście wiele takich przypadków faktycznie kończy się śmiercią. Teraz pojawia się kolejne pytanie: Czy eutanazja to śmierć godna czy też może nie? Myślę, że po części odpowiedziałam na to pytanie. Po części, gdyż aby w całości odpowiedzieć na nie muszę najpierw opisać sens cierpienia. Jedyne co mogę dodać, to że w moich oczach sens bólu istnieje. Warto jednak rozważyć dlaczego wraz z postępem człowiek przesuwa granice posuwając się dalej. Czemu przez pewne wydarzenia potrafi bez trudu znaleźć usprawiedliwienie na coraz to większą ingerencję w sferę życia i śmierci? „Jestem kowalem własnego życia” - ktoś mi może oznajmić. Istotnie każdy decyduje o swoim życiu, jesteś kowalem, ale w obrębie tego co możesz zrobić. Nie wiesz kiedy narodzi ci się dziecko, kiedy umrze ci ktoś bliski, kiedy ty umrzesz. Nie wiesz tego do momentu, aż się nie dowiesz. Czasami ktoś nam takie rzeczy oznajmia, czasami sami to widzimy, a czasami możemy nawet nie być tego świadomi, aż do samego końca a możliwe, że i po. Jeśli ktoś myśli, że może zrobić dla siebie wszystko to proszę by sprawił sobie życie wieczne. Nie może tego zrobić, bo możliwości ludzkie są ograniczone. Ktoś mi powie, że może uśmiercić się przez żądanie, bo dzisiejszy stan nauki na to pozwala. Pozwalał też i w przeszłości. Spójrzmy na samobójców w poprzednich wiekach. Zabić się można, ale to nie świadczy o tym, że jesteśmy władcą własnego życia i śmierci. Jedynie przyśpieszymy to co i tak nas czeka. Jeżeli nie wierzymy w Boga pozostaje wątpliwość: Czy nie warto nawet w bólu przedłużyć sobie życie? Nieżyjący nie mają tego przywileju i nie poczują już np. oddechu, zapachów choćby przez pryzmat wielkiego cierpienia. Jeśli wierzymy w Boga to tym bardziej powinniśmy oddać się jego woli.
    Warto pamiętać, że człowiek jest świadomy swojego istnienia tak długo jak może czuć ból, radość itd. Nie będę tu przytaczać przykładów takich ludzi jak Karol Wojtyła, powiem jedynie, że czasami lepiej cierpieć, by móc żyć.
    Zwolenników eutanazji i tzw. „racjonalistów” przekonuje argument przeciwników dotyczący tego co może się stać, gdy dopuścimy w prawie polskim zabijanie chorych na ich własne prośby. Dużo osób ufa ludziom, ale to właśnie istoty myślące rządzą pieniądza niszczą nasz świat. Psujemy środowisko naturalne i siebie. Zatem jak możemy sobie zaufać? Skąd pewność, że jeśli nawet nie teraz to w przyszłości nie będzie chodzić o eliminowanie ze społeczeństwa osób, których życie wycenią inni twierdząc, iż jest za mało wartościowe? Pieniądze rządzą światem, bo rządzą ludzie, którzy bez nich posiadaliby życie zbyt szare, według nich niewartościowe. Jeśli przyjąć, że wydatki wynikające z ubezpieczeń dzięki którym np. ludzie starsi i chorzy mogą się leczyć i mieć opiekę są duże, wówczas może zaistnieć sytuacja w której ludzie ci byliby uśmiercani. Jednak argument ten zaliczyć można do untestability fallacy. Nie chcąc popełnić fallacy of exclusion muszę wspomnieć, iż słyszałam o nieprawidłowym uśmiercaniu ludzi w kraju, gdzie eutanazja jest legalna. Jednak dowody tu się nie pojawią, a ponieważ nie zamierzam popełnić błędu argumentum ad ignorantiam czy hasty generalization nie podejmę się tematu dotyczącego sytuacji w tamtym kraju.
    Przeciwnicy eutanazji uważają (co jeszcze bardziej irytuje zwolenników), iż tam gdzie występuje choćby zaniechanie (za zgodą pacjenta) działań mających ratować człowieka tam również występuje eutanazja z tym, że bierna. Owszem, lekarz przysięga służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu, ale czy na dłuższą metę nie przysporzy się osobie chorej pozwalając jej umrzeć tak jak natura tego chciała? W czasach, kiedy medycyna nie była tak powszechna, człowiek umierał nie tylko bez pomocy lekarza, ale również podczas umierania, człowiek nie próbował go ratować. Postęp medycyny sprawił, że możliwe jest zarówno ratowanie człowieka, jak również zaprzestanie tego na życzenie chorego, a nawet umożliwia eutanazję.
    W moim wewnętrznym przekonaniu każdy człowiek ma prawo do własnej woli, także by umrzeć. Jednak przy obecnej sytuacji w której widoczny jest fakt, że człowiek nie jest przygotowany do wielu rzeczy w tym do wprowadzenia eutanazji, skłaniałabym się bardziej ku temu, aby jej jednak nie wprowadzać. Lepiej już „zostawić” osobę, by działo się to zgodnie z przyrodą. To zapewne okrutnie zabrzmiało i przeraziło również mnie, ale pisząc „zostawić” miałam na myśli przestać ratować, co nie jest jednoznaczne z zostawieniem człowieka, czy nie podaniem pacjentowi środków kojących.
    To co się dzieje dziś w rządzie nie zmienia faktu, że kiedyś możemy doczekać się legalnej eutanazji w naszym państwie. Nie wiemy co się będzie wówczas działo w majestacie prawa i czy przedsięwzięte środki ochrony ludzi chcących żyć okażą się skuteczne. Jeśli mamy uratować jedną osobę zdrową, bądź nie na tyle chorą by umierać to lepiej ponownie zastanowić się nad propozycją wprowadzenia eutanazji. Pomyłki mogą zdarzyć się również i w tym temacie. Lekarze są też tylko ludźmi. Jeśli przejdziemy obok tychże możliwych pomyłek to ile faktycznie jest dla nas warte ludzkie życie? Oczywiście to w Polsce jeszcze nie miało miejsca, ale czas przyjrzeć się bliżej innym krajom, gdzie eutanazja jest powszechna. Dlaczego? Dlatego, że musimy być przygotowani na ogrom problemów związanych z karą na życzenie także z ewentualnym łamaniem prawa. Musimy uczyć się na czyiś, nie na swoich błędach.
    Tak jak w przypadku aborcji tak eutanazji uważam, iż w ludziach brakuje odpowiedzialności za swoje czyny i siły by przetrwać dalej. O ile można winić ludzi uprawiających seks, czy ludzi chorych na własne życzenie, o tyle już ciężko w ten sposób podejść do kogoś kto narodził się chory, lub z racji starości stał się taki a nie inny. Brak odpowiedzialności w tym przypadku tkwi u innych ludzi przez których mogliśmy zachorować, bądź którzy powinni być przy nas i wspomagać duchowo w ostatnich chwilach życia. Brak odpowiedzialności jest także w nas – umierających, bo to my powinniśmy odnaleźć sens w cierpieniu i umieraniu. Brak odpowiedzialności jest w dorosłych, którzy uczą dzieci jak nie mówić o śmierci i bólu, czyli również o życiu. Powodem szukania możliwości jest nasz styl życia w którym omijamy ból, a pragniemy ekstazy.

Ten wpis to tylko moje przemyślenia i nikt nie musi się z nimi zgodzić.
Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Wewnętrzne życie Twoje i moje.


Widząc obfitość łez pod Twym jednym i drugim okiem
spostrzegłam Twoje wewnętrzne uczucia głębokie.
Przybliżyłam się do Twej duszy łagodnym krokiem
i modliłam się wraz z Twoim łez potokiem.
Spotkać Cię miało szczęście tuż przed zmrokiem.
Lecz nie potrafię więcej, już nie pomogę,
bo ten co przyjacielem był okazał się być wrogiem.
Teraz wraz z Tobą i przy Tobie tonę,
bo tak jak Ty tak ja świat duchowy wolę.
Ku nieznanemu ma dusza lub ja swą duszę wiodę.

Czy teraz szczęścia Twego zaznać mogę?

Uśmiechniesz się do mnie przyjacielu mój drogi? Jesteśmy z Tobą, nie odcinaj się od świata, nie top wszystkich. Zatopimy się w Tobie, ale nie utop nas przypadkiem. Nie top nas! Daj żyć!

Dodaj komentarz

Szukanie winy nie w tym czasie i miejscu - zamykanie łódzkiego szpitala


    ICZMP też miał swoje dobre chwile. Można rzec, że był to jeden z najlepiej działających szpitali w naszym kraju. W chwili obecnej Centrum Zdrowia umiejscowione na Rzgowskiej ma być zlikwidowane, a dokładnie pisząc jego część ma być połączona z Uniwersytetem Medycznym. Źle dziać się zaczęło jeszcze za czasów aktywności SLD. Pamiętam rok 2003 kiedy to byłam w ciąży i niestety, w październiku trafiłam do owego szpitala. Nie podobało mi się to co się tam dzieje. Po tym jak skurcze ustały wróciwszy do domu podjęłam wbrew wszelkim dawnym opiniom decyzję o urodzeniu dziecka w innym szpitalu (i tak się stało w grudniu). Krytykowano mnie za to, szczególnie dwie osoby z rodziny ojca dziecka. Jednak poczułam "zbyt mocno na skórze" jak szpital ten się zmienił, a znałam go już wcześniej. Leżałam tam dawniej i to trzykrotnie mając 16 i 17 lat. Po wcześniejszym pobycie w szpitalu im. M. Kopernika w Łodzi byłam zdumiona jaka tam potrafi być atmosfera. Nigdy nie zapomnę, ani znajomych pacjentów szpitala w tym ludzi nie mieszkających w Łodzi (niektóre przyjaźnie pozostały do dziś), ani samej obsługi, pielęgniarek, lekarek, sanitariuszy. Nie potrafię wymazać sobie z pamięci pana Mikołaja z oddziału gastroenterologicznego, którego sympatia do młodych była już widoczna w samym uśmiechu i gestach, oraz samego lekarza, który się mną opiekował, a jego nazwisko miało coś wspólnego z Makiem i sianiem ; o).

    Brutalna rzeczywistość przytłoczyła mnie jeszcze bardziej, gdy moje dziecko dwa miesiące po narodzinach trafiło do tego szpitala. Nie mogłam uwierzyć, że szpital się aż tak zmienił. Tak to jest jak zmienił się dyrektor. Nie będę opisywać problemów ja, czy moje dziecko →← szpital. Opiszę coś innego. Nie lubię Telekomunikacji, ale tym razem dawali za darmo łączność w całym szpitalu, to nowy dyrektor zażyczył sobie firmę Dialog za który szpital musiał płacić i to nie mało. Można niestety tylko snuć przypuszczenia dlaczego taka polityka. To tylko jeden przykład. Jego czyny wskazywały, że przy nim wcześniej czy później to upadnie. Tak się działo, rok za rokiem upływał a szpital poupadał.

Ostatnio jak moje dziecko wylądowało w szpitalu (po tym jak został z babcią - dziecko w szpitalu - opiszę kiedy indziej, cały czas się do tego przymierzam), niestety spotkałam się prawie z całkowitą niekompetencją w Izbie przyjęć i u lekarki, które kazały mi wzywać taksówkę by pojechać do drugiego szpitala, a dziecko (jak powiedział lekarz z drugiego szpitala) w takim stanie powinno jechać tylko karetką. Wtedy już w swoim wnętrzu czułam i jakbym wiedziała, że są na skraju "swojego żywota", ale nie chciałam niczego dopisywać, za nim nie będzie faktów.

    W chwili obecnej ludzie są podzieleni. Jedni szukają winy u obecnych rządzących (nie mówię, że są oni niewinni, ale bez przesady), inni u strajkujących lekarzy, pielęgniarek (co oni chcą od tych, którzy walczą o swoje, jak im tak źle niech też wyjdą, niech wszyscy wyjdą i będziemy mieli w końcu tą rewolucję i może rządy nie będą z nas kpić). W każdym bądź razie dlaczego jeżeli coś upada w danej sytuacji przypisuje się to tylko do niej?
Czemu ludziom jest tak ciężko odróżnić lekarza od "lekarza". Nie wszyscy lekarze biorą łapówki, nie wszyscy są źli, ba są tacy co walczą z korupcją w swoim otoczeniu. Nie lubię generalizowania ludzi!

    Nie jestem zwolenniczką ani teraźniejszej koalicji, ani SLD. To, że jestem za strajkami nie tylko w NFZ, by w końcu stanęło wszystko to tylko dlatego, bo chcę aby dopuszczono tych, których rządzący teraz nie chcą dopuścić. Jednak to nie zmienia faktu, że ICZMP od dawna kulał, a mocno przez ostatnie 4 lata.

Jeżeli moja produkcja jest mało stylistyczna, z błędami to proszę wybaczyć, mam w domu temperaturę 33°C

Dodaj komentarz

Milczenie w kontaktach międzyludzkich (w dyskusjach także pisemnych)


Przynajmniej pewna klasa uczuć dostarcza w samym przeżywaniu czegoś takiego jak „sens”, „znaczenie”, poprzez które uczucie oddaje pewne obiektywne zróżnicowanie jakiegoś bytu, czynu lub spotykającego losu M. Scheler


    Z powodu mojego wpisu „Przekaz do ludzi → odczyt przez ludzi” spróbuję wytłumaczyć czym jest milczenie i jak jest ono rozumiane. Według słowników milczenie to bezgłośna, bezsłowna cisza powstająca gdy nic, ani nikt nie wydaje odgłosu. W takim sensie można rzec, iż milczenie to wszelkie niemówienie. Osoby, które nad czymś uporczywie myślą, są w jakiś sposób zajęci, śpiący nie mają czasu na rozmowy. Jeżeli przyjmujemy, iż mówienie to system głosowy, to milczenie musi być odwrotnością dla języka, gdyż możliwe jest jedynie albo mówienie, albo milczenie. Jednak stosunki międzyludzkie najlepiej ukazują, iż to wcale nie jest takie proste. Nie dość, iż gdyby nie milczenie nie istniałby język, to milczenie jest również świadomym powstrzymywaniem się od mówienia. Zatem możemy wyróżniać dwa rodzaje milczenia. Milczenie, które polega właśnie na powstrzymywaniu się, aby nie powiedzieć czegokolwiek i milczenie polegające na tym, by nie powiedzieć czegoś z jakiś powodów (czasem za dużo). Jeśli przyjąć jednak, iż komunikujemy się zawsze (w tym język ciała), to milczeniem także się komunikujemy.  


    Milczenie etyczne jest obowiązkiem i pojawia się, gdy dalej mowa (pisanie) miałoby narazić drugiego człowieka na ból, cierpienie. Osoby nie stosujące tegoż milczenia nie chcą, bądź nie są uświadomi jak uniknąć złego czynu w stosunku do rozmówcy.

    Milczenie bywa czymś wspaniałym dla romantyków w końcu milczenie to piękno mowy. Potrafi być wspaniałe i dla tych, którzy zamykają się w sobie.


    Milczenie jest również ucieczką dla nieśmiałych i zagubionych.


    Brak odgłosu w teatrze podkreśla to co najważniejsze i przykuwa uwagę widza.

    Milczenie może przedstawiać coś wspaniałego, gdyż wyraża więcej niż słowa niewystarczające do przekazania tego co chciałoby się by przekazały. Dlaczego tak się dzieje? Najprawdopodobniej ucieka sedno sprawy w chwili kiedy słowa zostają wypowiadane. Milczenie również przedstawia odwrotność do czegoś wspaniałego, czyli samotność, strach, ból, brak słów pochodzących z wewnątrz. Dzięki trwaniu w milczeniu możemy duchowo odciąć się od tego co nas dręczy, a milczenie do świata może być również milczeniem wewnętrznym, przeżywanym w środku siebie. To wewnętrzne milczenie jest głębokie i pokazuje stan w jakim człowiek się znajduje. Milczenie to przekracza podział jaki możemy odnaleźć w słowniku. Nie można go zdefiniować, więc wolę w tym miejscu zamilknąć.

Dodaj komentarz

Muzyka ukojeniem mym


    Po wiadomości o śmierci człowieka i jego rodziny (on, żona i trójka dzieci) pomogły dopiero takie utwory:

  • AFI - "Love Like Winter" (Decemberunderground);
  • Nine Inch Nails - "Into The Void" (The Fragile);
  • 36 Crazyfists "Midnight Swim" (Rest Inside The Flames);
  • Biffy Clyro - "Saturday Superhouse" (Puzzle);
  • Tool - "Vicarious" (10,000 Days);
  • The Bronx - "Sh*tty Future" (The Bronx);
  • Eliot Minor - "Parallel Worlds" (Parallel Worlds - Single)
  • Limp Bizkit - "My Way" (Chocolate Starfish...);
  • Trivium - "The Rising" (The Crusade);
  • Deftones - "Change - In the House Of Flies" (White Pony).

    Czy normalne jest tak reagować, gdy ktoś wraz ze swoją rodziną zginie, a ja tego kogoś nie znałam tylko osoba mi bliska? Poznać bym poznała wczoraj. To głupiutkie pytanie, bo przecież nie wiadomo czym jest "normalność" : o)



    Przyznam, że jeszcze dzisiaj trochę rozmyślam o tej tragedii, ale jest już lepiej. Dziś słucham:

  • Anthrax - "Safe Home" (We've Come For You All);
  • Johannes Brahms - "Piano Concerto Np.2 in Bflat major" (Pollini/Berlin P/A);
  • Keith Jarrett - "Don't Ever Leave Me" (The Melody At Night, With You);
  • Leroy Anderson - "The Syncopated Clock" (Sleigh Ride & Other Popular Hits);
  • Sergey Prokofiev - "Romeo and Juliet - The Death Of Tybalt (C.O/T.D);
  • Oriole - "Song For The Sleeping" (Song 4 The Sleeping);
  • Metallica - "Fuel" (Re - Lood);
  • Evanescence - "Lithium" (The Open Door);
  • Ralph Vaughan Williams - "A London Symphony (Royal Liverpool...);
  • Stanley Turrentine - "Vera Cruz" (Groovy Vol.2)


    Tak oto skończyła się historia poznawania kogoś, kogo już nie ma. Zanim zdążyłam poznać ktoś przestał istnieć. Nigdy nie lubiłam 9 kwietnia. Szkoda, że i tym razem ten dzień okazał się okropny. Natomiast 10-tego miał przyjść wymierzyć okna. Kit z żaluzjami szkoda jego i ludzi.

    Nie wiem jak byś uważał na drodze, jak ostrożnie jechał ZAWSZE JESTEŚ POTENCJALNĄ OFIARĄ przypadku, bądź przez osobę/osoby trzecie. Wsiadając do auta nigdy nie jesteś pewien w jakim stanie z niego wysiądziesz (czy o własnych siłach) i czy w ogóle wysiądziesz. Z drugiej strony nie ma co się bać wsiadać do samochodu, równie dobrze może nam coś spaść na głowę, albo może przejechać nas auto, motor. Możemy również zachorować. Życie to JEDNO WIELKIE RYZYKO, którego mocno się trzymamy!

Dodaj komentarz

Przekaz do ludzi → odczyt przez ludzi


    Przychodzi taki czas w życiu, że nie wiesz czy jeszcze płakać, czy już się zacząć śmiać. Od dziecka zmagałam się z problemem mojej mamy, który stawał się i moim. Przez ten problem wiele łez wylałam siedząc jak zaklęta w mur w czterech ścianach mojego ciemnego pokoju, ale dzięki niemu (muszę przyznać) nauczyłam się czegoś o ludziach. Wcześniej wydawało mi się, że wszyscy ludzie myślą i rozumieją podobnie. Wiedziałam, iż każdy jest indywidualistą, lecz nie byłam świadoma jak te same słowa można zinterpretować (i to nie słusznie) na różne sposoby. Życie z moją mamą nauczyło mnie tłumaczyć wszystko dobitnie, bo w innym razie obie pozabijałybyśmy się. Są ludzie podobnie myślący, a wtedy potrafią nasze słowa odczytać właściwie. Są również tacy, którzy odczytują dobrze, a swoim celowym działaniem powodują przeinaczenie ich znaczenia. Czasem jest mi po prostu już tylko żal tych ludzi, tym bardziej, iż bywają złośliwymi, nie znającymi granic istotami żyjącymi.



    Mną już nikt się nie będzie karmił. Nauczyłam się jakiś czas temu dystansu, wolę milczeć. Obecnie próbuję zrozumieć tych ludzi, którzy potrafią odczytać właściwie sens zawarty np. w pracach ale interpretują go zupełnie inaczej szukając przy tym złośliwej, niegodnej człowieka satysfakcji. Nawet tu na blogu w styczniowej notatce o klawiaturze pewien człowiek, którego nawet w życiu nie widziałam, "lepiej wie" ode mnie na czym opiera się mój windowsowstręt (sorka za użycie nowego wyrazu), czyli jego zdaniem cytuję: "wmawiacie sobie, że męczycie się używając Windowsa". Widocznie jestem mało inteligentna, aby stwierdzić, że wmawiam sobie sporą długość czasu jaki poświęcam na uruchomienie samego Windowsa, od długości czasu jaki poświęcam na uruchomienie PLD (już nie wspominając o innych rzeczach). Wmawia sobie również stoper. Co więcej myli się nie tylko ta zabawka, czy ja, ale i tux. Widzisz niepotrzebnie oryginalną płytę Przycrosoftu zawiesiłeś na ścianie przybijając ją gwoździem. Wtedy to sobie wmówiłeś, że Windows nie działa ; o).

    W takich sytuacjach, kiedy ktoś mi coś wmawia mam pragnienie poznania motywów drugiej osoby. Jednak ludzie tacy do końca są skłonni walczyć o swoje racje, o to że właśnie oni z pozycji swoich doświadczeń będą mi wmawiać jak to się mylę wpajając własnej sobie na temat np. działania Microsoftu. Skąd tacy się biorą? Dlaczego mają tyle do powiedzenia? Dlaczego sądzą, że wiedzą lepiej od własnej mnie? Jakim człowiekiem trzeba być, aby powiedzieć: "wmawiasz sobie" nie znając mnie? Tak samo ja mogłabym rzec: "wmawiasz sobie, że się nie męczysz, albo tak dbasz o system unixowy, iż swoim złym działaniem dorównuje systemom M$". Choć często dzieje się, że ludzie albo wybierają takie linux-y, albo tak o nie dbają, że stają się nawet gorsze od Windowsa to jednak to nie byłby żaden argument podany z mojej strony, tak jak żadnym argumentem nie było twierdzenie, iż ja wmawiam sobie, iż Windowsy działają źle. Sam jednak pod publikę sugerował, iż nie mam porządnego haka na działanie Windowsa.
    Jakie znacie problemy z używaniem Windowsa jakich nie macie w Linux-ie? Przyznam, iż wielu już nie pamiętam z racji, iż pamięć zawodna jest, ale bez przeszkód bym wymieniła kilka, gdyby ten człowiek naprawdę tego chciał, a nie był od razu na "nie".

    Wracając do głównej sprawy. Czy najlepszym sposobem na takich ludzi jest próbować dojść z nimi do sedna sprawy, czyli do tego co nas poróżnia, a jeśli się to nie udaje z racji "postawy" jego to przekazać mu znak pokoju i zamilknąć po czym zostanę okrzyknięta "zabrakło argumentów więc milczy", czy może jednak wciąż prowadzić dyskusję mając wrażenie, iż ciągle wtacza się ten sam głaz na górę, niczym robił to Syzyf?

    Myślę, że nie zawarłam wszystkiego co miałam na ten temat do napisania, ale jeśli ktoś nie potrafi zrozumieć czegoś co usiłuje się mu przekazać to pozostaje mi się śmiać oraz milczeć przed tymi, którzy kochają ekscytować się, gdy ktoś upadnie i nie może się podnieść. Mam wówczas wrażenie, iż czują się przez to silniejsi, ważniejsi, mądrzejsi. Ciekawe co zrobią tacy ludzie, gdy przestanie się w ten sposób ich karmić i pozostawi własnym sobie. Zapewne pozjadają się nawzajem. Smacznego!!!

Dodaj komentarz

Znaleźć czas na radość życia


    Staram się spotykać ze znajomymi, pisać, czytać, aktualizować stronkę, blog, forum, lecz moim problemem jest permanentny brak wolnych dni. Jak już jedno odejdzie z listy rzeczy do wykonania, pozostaje reszta do której wciąż przybywają nowe zadania i nowe wyzwania. Czuję się czasem zabiegana, dlatego też staram się chociaż raz dziennie siadając na fotelu, czy idąc wzdłuż ulicy spokojnie zaczerpnąć powietrza i cieszyć się chwilą. Robię co mogę, aby móc radować się tym co mam, a mam wiele. Ktoś mógłby twierdzić, iż jestem biedna, nie mam przecież najnowszego BMW, domu stojącego ma powierzchni większej niż supermarket. Jednak czy to świadczy o tym, iż ktoś jest bogaty lub biedny? Bogactwo żyje w nas. Spójrzmy na świat. Przyjrzyjmy się ilu ludzi z majątkiem tak naprawdę jest biednych, ile jest nieszczęśliwych, którzy zgromadzili swoje bogate doświadczenie w tym również seksualne, a nie udało im się spokojnie żyć i zasmakować miłości. Człowiek błądzi szukając szczęścia, co gorsze często myląc je z chwilą radości.

  • Jak to? Cieszyć się oddychaniem? Radować się z powodu deszczu, śniegu, mrozu, ciepła? Czy to, aby normalne?

Kto wie co jest normalne, a co (już) nie jest? Czym jest normalność? - pytam.
3 komentarze

Zaginął → poszukiwany. Ważne!



Henryk Sobczak

    Dla moich przyjaciół ważne jest odnalezienie członka rodziny. Człowiek ten zaginął 7 marca 2007 roku. Historia jest dosyć dziwna. Można o niej przeczytać tu i tu. W każdym bądź razie ostatnio widziany był na Bielanach przy ulicy Gwiaździstej w Warszawie.
Jeśli ktoś widział tego człowieka od momentu jego zaginięcia niech zgłosi to policji, bądź:



Może również napisać komentarz na blogu, lub na e-mail-a pod adres: kamelia.grater(a-/-t)gmail.com! bądź kamelia(a-/-t)gmail.pl
Proszę w ich i swoim imieniu.




Henryk Sobczak

2 komentarze

Wszechświat-y, my, historie, możliwości, istota myśląca - płytkie przemyślenia




    Dlaczego wszechświat jest ukształtowany w taki, a nie inny sposób? Dlaczego nie jest chaosem? Jeśli chcielibyśmy wytłumaczyć sobie wszechświat to czy na pewno musielibyśmy się odwołać do pewnej istoty rozumnej jaką jest właśnie Bóg? Przecież słabą argumentacją na istnienie Boga jest twierdzenie, że jest, bo innego wytłumaczenia nie ma. Osobiście oczywiście wierzę w istnienie Boga, gdyż dla mnie jest to tak samo możliwe jak i jego nieistnienie.
    Reasumując mój wywód z wpisu zawartego na (poziomie 3) każda teoria jest teorią, która może okazać się faktem, ale nie musi i dopóki zostaje ona tylko teorią nie może być żadnym dowodem, a fałsz nie rodzi się w chwili w której wyobrażamy sobie życie, ale w momencie, kiedy chcemy naszymi wyobrażeniami udzielić odpowiedzi. Fałsz taki istnieje w każdej dziedzinie i wcale nie w mniejszym stopniu w nauce. Zatem uważam, iż wszechświat może być tak wielki jak i mały, a dodatkowo istnieje takie samo prawdopodobieństwo, iż Bóg może być jak i to, że go nie ma. To w co wierzymy zależne jest od tego w co chcemy, bądź w co lepiej jest nam wierzyć.
Dodaj komentarz

Odpowiedzialność, obojętność i wina - płytkie przemyślenia


    W historii myśli europejskiej powszechna jest fenomenalna odpowiedź na zadane pytanie, a brzmi ona następująco: „wiem, dopóki nie pytasz”. Z dokumentacji historycznej wnioskuje się, iż po raz pierwszy zwrotu tego użył św. Augustyn w XI księdze „Wyznań”. Odpowiedzi tej użył rozmyślając na temat istoty czasu i czasowości. Kiedy odnosimy się do intuicji taka odpowiedź staje się uzasadniona. Odpowiadając na pytanie „jak smakuje woda?” czy „dlaczego myślisz, że tulipan jest śliczny?” możemy po prostu dać pytającemu wodę, bądź kwiatek. Jednak czy w ten sam sposób można rozważyć temat odpowiedzialności, a tym samym winy i obojętności?

    Czym jest odpowiedzialność? Dla wielu osób pojęcie to kojarzy się z czymś i choć trudno uwierzyć żyją jeszcze tacy, którym słowo to nie kojarzy się z niczym mimo, iż ich życie nawet z dzisiejszego punktu widzenia może uchodzić za wzór do naśladowania. Czy chcąc im wytłumaczyć czym jest etyka i odpowiedzialność odwołalibyśmy się do poszczególnych zjawisk, tak jak się poznaje istotę kwaśności biorąc plasterek cytryny do ust? Czy okazalibyśmy co się stanie jeśli..? Czy jeśli udałoby się wytłumaczyć tym ludziom czym jest etyka, odpowiedzialność to czy oznaczałoby to, że będą jeszcze bardziej odpowiedzialni, bądź mniej? Poza tym czy ten, który wydaje się nam winny tak naprawdę jest winny?

Głębsze przemyślenia dla wybranej grupki osób (patrz poziom 3)
3 komentarze
(12:20)  (kamelcia)  (win/1)
  • mój status: Niedostępny
  • mój opis: